Ciepło.
Wszyscy zawsze pamiętają zapachy – cukierkowy zapach szarlotki piekącej się w piekarniku, egzotyczny zapach pomarańczy zamienionej w pucołowatego goździkowego jeżyka, tajemniczy i magiczny zapach suszących się ostatnich jesiennych ziół wiszących nad piecykiem. Wszyscy pamiętają zapachy i odwracają głowę przez dziesiątki lat w tył, kiedy tylko choćby lekka nuta jabłek, goździków czy szałwii zawiśnie w powietrzu. Wszyscy, ale nie ja. Ja pamiętam ciepło.
Jak tej zimy, kiedy ganialiśmy się po ogrodzie wśród rozanielonych własną światłością drzew i kwiatów – wielkich podśnieżnych nieobecnych. Próbowaliśmy lepić śnieżki z rozbłyskujących białych gwiazdek nabieranych w ręce, ale one zupełnie nie chciały pasować jedna do drugiej i tylko sypaliśmy na siebie tym migoczącym pyłem. Szron trzeszczał od naszego tupotu, sople dzwoniły od śmiechu. W końcu szukałaś schronienia (ty. Tak właśnie – ty!) pod tą starą jabłonią która wyglądała jak siwa sędziwa Indianka, a ja pchnąłem jej ciężkie od śniegu gałęzie tak, że wszystko miałaś za kołnierzem. Wyglądałaś jak bardzo rozeźlony bałwanek i z zaskoczenia przecież – bo na pewno nie ze złości – przestałaś się uśmiechać. Ale wystarczyło w tamtych czasach ledwo musnąć twój policzek rumiany od mrozu żebyś zaśmiała się i wróciła do zabawy. Lekko… spokojnie… i ciepło.
Wracaliśmy potem przytuleni, spychając się w żartach w zaspy koło ścieżki i wpadając w nie raz za razem, drocząc się o odgrywając po to tylko by znaleźć coś pięknego w zawodnictwie. Ciepło. I cały ten śnieg który złapał mój płaszcz i twoja kurtka i który mogliśmy z czystym sumieniem nanieść za próg domu i rzucać monetą kto z nas go posprząta. Zwycięzca zniknął wśród pokoi i kuchni pozostawiając przegranych ze zmiotką. I zajął się całym magicznym rytuałem pozyskania samej krwi tej zimy – grzanego wina. W końcu dołączyłaś do mnie gdy kończyłem właśnie zmagania z korkiem od butelki by złapaniem za kark zimną ręką przypomnieć o swojej ważności. Nie musiałaś przypominać, w tamtych czasach, pamiętałem. I tak dobrze było wiedzieć, że jesteś. Ciepło.
Nie mieliśmy jeszcze wtedy muzyki, ledwo kilka antycznych mebli kupowanych naprędce by wypełniły tę wielką drewnianą przestrzeń, jaką teraz mieliśmy dla siebie. Stary hebanowy kredens z kryształowymi przeszklonymi drzwiami sapał pod ciężarem wszystkich naszych książek podtrzymywany na duchu jedynie przez stojącą obok rzeźbioną w fikuśne różyczki szafeczkę z jasnego optymistycznego drewna. Ta miała najtrudniejsze zadanie – stały na niej wszystkie moje i twoje pamiątki po czasach sprzed tego miejsca, czasach samotności, zawodów i lęku. Znosiła je jednak dzielnie wesoło postukując szufladkami ilekroć któreś z nas chciało znaleźć coś ważnego co gdzies-na-pewno-tutaj-lezało. Poza tym tylko stoliczek i kanapka kupiona specjalnie na te okazje. Muzyki jeszcze nie było.
Siedzieliśmy więc przytuleni w ciszy słuchając bulgotania garnuszka z grzejącym się winem i oddychając zapachem zimowego powietrza, które przynieśliśmy na swetrach i korzennym aromatem którym powoli nasiąkał ten dom. Tak jak zapachem twoich perfum i zapachowych świeczuszek płonących wieczorami, i wszystkim tym co powoli tworzyło w nim nas, jako ducha tego miejsca, idee wyniosłą i szlachetną, choć wiszącą w powietrzu i wystawiającą łapki z każdego kąta. Łapki z goździków, bo to łapki tego pomarańczowego pucołowatego goździkowego jeżyka, który jakiejś jesieni zniknął nam z oczu w kuchni i od tego czasu turlał cie po zakamarkach łypiąc ślepkami na najmniejszy nawet tupot i kuląc się pod kredensem w zakurzony kąt, tam gdzie było mu spokojnie… bezpiecznie… i ciepło.
Wydawało mi się że przekulał mi się pod stopami, kiedy wracałem z kuchni z garnuszkiem i lampkami, ale upierałaś się jak zwykle że nic nie widziałaś i goździkowy jeżyk jest tylko moim wymysłem. Pewnie trudno ci wtedy było żyć z człowiekiem który zostawiał ukradkiem orzechy dla nabijanej przyprawą pomarańczy, żeby miała co jeść i nie wyschła na wiórek, ale tolerowałaś to dzielnie, z podniesionym czołem i cierpliwym uśmiechem lekkiej spokojnej mądrości. Tak jak całą resztę moich zdziecinniałych słabostek. Nawet kiedy złapałaś mnie na wyjadaniu łyżką twojego czekoladowego masła do kanapek. Przeprosiłem cię za to tak, jak wtedy umiałem cie przepraszać a ty jeszcze długo wypominałaś mi gdy leżeliśmy wieczorami że pachnę ci czekoladą. Ja wtedy przytulałem się w ciemności żebyś była bliżej słodyczy i było bardziej… ciepło.
Wsłuchiwaliśmy się wtedy w spokojną szeleszcząca jabłkowo ciszę za oknami i tajemnicze skrzypienia desek na strychu, w tym jednym pokoju który wtedy był pusty i stały tam stare sanki, rowery i rupiecie. Zaludniał go tylko tajemniczy, niedostrzegalny dla oka ludek krasnali domowych, maleńkich gnomów i wróżek i domowych duszków, które znalazły tam schronienie. Dąsałaś się tak śmiesznie kiedy mówiłem ci o nich i robiłaś to swoje urocze „wcale nie-e-e” ale wiedziałem że w głębi serca ty również zdajesz sobie sprawę ile zagubionych, zmarzniętych stworzonek przyciągnęło to miejsce swoim… czarem, który razem stworzyliśmy. Wtedy ten pokój był jeszcze pusty, ale już wtedy było w nim dla wszystkich tych istotek tak ciepło.
Dopiero później sanki znalazły się w piwniczce a rowery wyjechały na ostatnią przejażdżkę, kiedy tamtej jesieni, kiedy było tak chłodno, wstawiałem tam to maleńkie łóżeczko i kojec. Kołyskę przezornie zostawiliśmy na dole, zaraz obok stert pudeł z pieluchami, talkami i rzeczami których przeznaczenia w ogóle nie mogłem początkowo odgadnąć a w które dopiero powoli wprowadzał mnie twój instynkt, którego nabierałaś razem z obwodem w talii. Pamiętam że wieszałaś taką śmieszną grającą rzecz nad tym maleńkim posłankiem na której zawieszone na niteczkach kręciły się gwiazdki, delfiny i samoloty…
Zawiesiłaś ją, a potem już nie było ciebie, musiałem zostawić cie na chwile po całej tej ceremonii panow w białych kitlach witających nowe życie i na chwile zostałem sam w tym pustym domu nie mogąc znaleźć spokoju i gorączkowo poszukując jeżyka, żeby uchronić go przed zapomnieniem. Kręciłem się w kółko, patrzyłem na telefon czy wszystko tam z wami ok i czułem jak strasznie wszystko będzie za chwilę musiało się zmienić, kiedy wrócisz ze szpitala i kiedy jabłkowa cisza wypełni się płaczem i szmerem pieluch…
Ale wiedziałem to co zawsze wiedziałem, i pamiętałem to, co pamiętałem zawsze. Że cokolwiek się stanie, w tym miejscu które raz dla nas stworzyłem, i cokolwiek się nie wydarzy zawsze będzie to właśnie – ciepło. I goździkowy jeżyk, który raz powołany do życia nie opuści nas tak długo, jak długo będziemy się znali.