Kupilem zegarek.
Zakup zegarka poprzedzony został rytualnym polrocznym poszukiwaniem, szperaniem po sklepach, allegro i stronach fascynatów.
Jak wspomniałem w poprzednim poście, czas jest dla mnie dość istotną sprawą .
Zegarek jednak w kontekście w którym początkowo był mi potrzebny nie ma nic wspólnego z odmierzaniem czasu. To raczej rodzaj biżuterii, każdy zegarek jest emanacją swojego właściciela, jego narracji lub przynajmniej życzenia kim by naprawdę chciał być.
Sentyment, skłonność do eksperymentu, pociąg do prestiżu lub faktycznie posiadany prestiż… łatwo poznać militarystę, łatwo kogoś praktycznego. Istotnie, w każdym detalu widać zawsze osobowość posiadacza, zegarek jest jednak szczególnym rodzajem soczewki.
Wybierając zegarek postanowiłem że będę traktował go później jako punk odniesienia dla reszty przedmiotów które musiałem wymienić. Czy powinien być krzykliwy? duży, mały? Elektroniczny żeby dał mi szybszy odczyt czy wskazówkowy? Elegancki czy wytrzymały?
Przeszedłem wiele razy allegro w tą i spowrotem, ostatecznie traktując to jak rodzaj egocentrycznej medytacji. Dlaczego podobają mi się pewne przedmioty a inne nie? dlaczego kiedy powracam do przedmiotów które podobały mi się ledwie kilka tygodni wcześniej tracą atrakcyjność? Same przedmioty pozostają te same, co więc się zmienia? mój humor, nastrój, spojrzenie? samo określenie “podobać się” naumyślnie pozostawiłem jako szerokie, niekonkretne, kontekstowe i intuicyjne. Poprostu w coś klikam, w coś nie.
Na początku zauwazyłem że jak przy każdej medytacji im dłużej i głębiej się wejdzie tym więcej się widzi. Piękna szczególnie, lub przynajmniej pewnego rodzaju uroku. Przedmioty które wcześniej zbywałem jako kiczowate lub niewarte zainteresowania zyskiwały nowo zauważone a pominięte wcześniej aspekty. Z drugiej strony te które na pierwszy rzut oka wydawały się atrakcyjne niekoniecznie potrafiły utrzymac ten błysk bo głębszym przyjrzeniu.
Zauważyłem następnie że wolę modele bardziej skórzane niż jakiekolwiek inne. Następnie że raczej brązowe. Długo szukałem elektronicznego zegarka w tej formie ale z braku obiektów zarzuciłem ten pomysł. Drogą powolnej eliminacji próbowałem określić jakiś rodzaj mojego odbicia. założyłem że w pewnych ludzkich granicach nie mam żadnego finansowego limitu, choć muszę przyznać że jakość pomiędzy setkami a tysiącami jest drastycznie różna. Szczególnie estetyczna. To też dużo mówi o tym jak świat jest zrobiony i jakie miejsce zajmuje w nim piękno.
Swoją drogą skąd wiadomo jakie rzeczy są piękniejsze? Innymi słowy – jak dobrze wyceniać rzeczy? Poza jakością surowca i dokładnością wykonania jest też rodzaj designu, kompozycji, planu, jakiejś dodanej jakości. Ta jednak zależy jedynie od gustu widza a ten jest w pewnym sensie niezalezny. Chyba że przyjąć że widz zawsze będzie pożądał rzeczy drogich, uznając je za piękne siłą sugestii, gdzieś jednak ten proces musiał zostać rozpoczęty jakąś cenową metką. Czy pierwsza jest więc sugestia ceny czy estetyka? Zauważyłem że rzeczy drogie w wielu wypadkach są najzwyczajniej ładniejsze, co bez problemu można powiedzieć bez spoglądania na cenę. Jest to doskonały punk wyjscia do pewnych warsztatowo – marketingowych rozważań.
Wracając do tematu – wybrałem bardzo klasyczny model zegarka. Jest to zabytkowy radziecki gadżet, marki “zwycięstwo” z drobną czarną tarczą i dużymi cyframi malowanymi czcionką w kroju lat 50 tych, w których sam zegarek został wyprodukowany. Ma więc około 60 lat.
Mimo tego to doskonale zachowany model, z wyłączeniem jedynie może lekkiej rdzawej patyny na tarczy. Zdążyłem też wymienić lumę tak, by zegarek znów był widoczny w ciemności. Przy okazji – jest to wojskowy model, jak mowi katalogowa historia.
Oznacza to więc ze wybrałem militarystyczny ton, choć w bardzo zwichrowanym kontekście.
Najważniejszą jednak częścią zegarka w tym wypadku jest mechanizm.
Jest coś niesamowicie zdumiewającego i genialnego w fakcie że nieprzerwanie chodzi od 60 lat. Nie ma w nim nawet cienia elektroniki, powstał na długo zanim komukolwiek przyśnił się jakikolwiek komputer i jakakolwiek cyfrowa regulacja.
Jest też niesamowity ludzki geniusz w fakcie że w kawałek metalu udało się zakląć tak przecyzyjną funkcję, że długi drucik wielkości włosa staje się sprężyną której czas rozkręcanai i przełożenie na mechanizm jest równe dokładnie odcinkowi czasu pomiędzy wschodem a zachodem słońca.
Patrząc na to czuję w wynalazcy tego systemu pewne odwieczne ludzkie marzenie, takie mianowicie że można matematyką i umysłem zaklinać materię tak, by zdolna była spełniac nasze zachcianki.
Pomyśleć trudno że w epoce przed wynalezieniem trybów i sprezyn człowiek nigdy nie widział przedmiotu który poruszałby się samemu, napędzany niewidzialną ręką. Rzeczy rzucone leciały, upuszczone spadały w dół, konie ciągnęły wozy, ale autko jadące z powodu nakręcenia wydaje się przy tym magicznym wynalazkiem. Jak Perpetuum Mobile, korona wszystkich tych pragnień.
I właśnie to. Magia. Rodzaj duszy, rodzaj ducha w maszynie. Metal zaklęty w funkcję, jak miotły noszące wodę w “uczniu czarnoksieżnika”.
To rozważanie prowadzi w dwa kierunki. Jeden z nich to to jak dziś ludzkość realizuje ten zestaw marzeń. Co udało nam się osiągnąć, co zgubić, jak zmieniliśmy nasze zapatrywania na siebie, świat i metal. Komputer jest konsekwencją zegarka, to wciąż metal zaklęty do wykonywania funkcji, jedynie na wiele wyższym stopniu komplikacji i subtelności. Wciąż jednak – poruszany mechaniczną siłą. Od kiedy prąd jest wszędzie – kto pamięta że bierze się z turbiny napędzanej przez parę wodną powstającą przy spalaniu węgla? To wciąż ta sama mechaniczna alchemia, jedynie o długość kabla dalej. Nigdy nie zgubiliśmy naszych autek napędzanych sprężyną.
Prowadzi to do ogromnego, bardzo ważnego pytania – czy jest jakiś sposób by zmienić to marzenie? Ten plan i system, sposób rozumienia świata i jego mechaniki? Czy oświeceniowy umysł który wynalazł trybiki i jego daleki potomek który wynalazł procesor mogą ewentualnie mieć jakąkolwiek konkurencję? Czy istnieje sposób, aby miotły nosiły wodę?
Innymi słowy, czy można wrócić do magii? A może magia jest jedynie rodzajem estetyki dla wynalazków nauki? może prawa które odkrywamy są właśnie magiczne, jedynie język którym je opisujemy jest daleki od literackiej fantazji? Gdzie ukryła się twarz zefira dmuchająca w turbiny starodawnych szkiców…
I to właśnie jest temat numer dwa. Wybierając zegarek mogłem wybrać każdy styl. Techokratyczny, futurystyczny, elegancki, ‘designerski’ lub dowolną estetykę, a kupiłem ten stary rupieć który trzeba raz dziennie nakręcać. Czemu?
Myślę że przez moje ‘podobanie się’ manifestuje się jakiś rodzaj natury. Nasze estetyczne wybory – w odwróceniu – w oczywisty sposób mówią nam o nas. Co mówi o mnie ten wybór?
Mimo moich szczerych chęci by być moze bardziej kolorowym i bardziej krzykliwym – przyciąga mnie jednak ten niepopularny, zgubny, subtelny i niedostrzegalny dla wielu urok magicznych rzeczy, narracji i przedmiotów. Ten mały krok, jak wiele innych jeszcze mniejszych decyzji, odsuwa mnie od świata w stronę jakiś zakurzonych fantazmatów. Jakbym wcale nei urodził się by być kolorowym błyszczącym filmowcem, jakbym był stworzony do bycia starym kustoszem.
Nie jestem pewien gdzie kończy się coś co przyzwyczaiłem się nazywać naturą a zaczyna interpretacja i fatalizm tego wierzenia. Mogę być kim chcę czy też już kim jestem? I mogę ścierać się walcząc z tym faktem lub poddać się i doskonalić w ‘przeznaczonej’ mi dziedzinie? I czy to oznacza że suma natur świadczy o jakimś ogólnym ‘przeznaczeniu’ i porządku świata czy tez jest jedynie konsekwencją natur poprzednich? A jeśli tak czy jest jakiś moment startu gdzie natury zostały ustalone i jak moment taki ewentualnie miałby wyglądać? Jak akt nadania woli, jak ewolucja, jak rozkład fizjologicznych cech na temperamenty a póxniej temperamentów na zachowania stadne? Czy jeśli wyłamie się kompletnie z natury i jakims sposobem odwróce jej bieg bardzo drastycznie – czy zaburzę istniejacy porządek i spowoduję nieprzewidziany rozwój wypadków czy też system ma szybka i skuteczną skłonność samoregulacji w takich przypadkach? Czy Hitler miał być malarzem?
Nie jest to zestaw pytań którymi zadręczam się w jakikolwiek sposób. Jedno, najwyżej, brzęczy mi w głowie – kim ja właściwie jestem, co ja znaczę? Wskazówki mojego kompasu znów latają w kółko i w kółko bez większego celu i przekonania, czekając na szczęśliwy być może bieg okoliczności. Czy jestem więc zależny od okoliczności? Prawdopodobnie ja o tym decyduję. Nie wiem tylko jak.
Kończy mi się czas by to rozstrzygnąć. Przestałem też zwracać uwagę na jakiekolwiek konsekwencje. Nie mam bladego pojęcia o niczym i ten stan – pomijając że podejrzanie znajomy – wydaje mi się interesująco kreatywny. Jeśli wyjdę z pętli w którą wszedłem jako biała kartka – jest to jedno z najlepszych możliwych wyjść.
Jeśli nie zdażę zanim znów zrobi się całkiem ciemno cały wątek pozostanie i tak bez znaczenia.