Obie moje maszyny wydają bardzo podobny, miarowy pomruk.

Nauczyłem sie z czasem wszystkich tych dziwnych dźwięków. 
Wystarczy podłączyć możliwie najtańsze, najmniej skomplikowane głosniki pod którykolwiek port port na płycie głównej żeby mieć dostęp do informacji o niemal wszystkim – pracy dysków, tempetaturze, aktualnym zadaniu systemu etc.
Maszyny mówią do mnie, a ja rozumiem ich słowa. Troche tak jak szamani wiedzą kiedy zaczyna się pora deszczu albo magowie kiedy zodiak mówi o niebezpieczeństwie. Nie umiem tego wyjasnić.
Wszystkie te szumy, stukniecia, pikania i cały ten bełkot wynajduję – z nieco mniejszym powodzeniem – w ludzkiej mowie. Słyszę w chaotycznym białym szumie sygnały o kłamstwie, sygnały o podtekście, albo ten dziwny ostry dźwięk kiedy ktoś sięga do symbolu który pochodzi z jego wewnętrznego świata. Słyszę kiedy rzeczy są i kiedy nie są ważne. I nie mam pojęcia dlaczego, poprostu wiem.

Problem, który za tym idzie jest dość łatwy do przewidzenia – informacje z szumu są tak trafne, ze nie ma powodu zwracać uwagi na jakiekolwiek inne. Okazuje sie nagle że czuje klamstwo… ale nie wiem o czym była mowa. Zostawia to ogromne pole dla improwizacji, albo dla sprawdzonych technik i opcji dialogowych. One jednak również kończą się gwałtownie w pewnym punkcie, który zostawia cię wewnatrz twojego świata interpretacji znaków kiedy siedzisz obok rozmowcy i nie masz nawet lekkiego pojecia o tym o czym własciwie mówił, i kim wlaściwie jest na poziomie na którym chcialby być postrzegany. To troche tak jakby chodząc ulicą widzieć wszystkich ludzi nago. Zdobedziesz wiele informacji wiecej niz zwykły obraz, stracisz jednak wszystkie role i stereotypy. Panowie w garniturach i panowie w kombinezonach robotników zleja się w jedno – czym w istocie są – jednak nietrudno zgadnąć że nie ułatwia to sprawy kiedy przychodzi do elemenarnego życia w społeczeństwie.

Im więcej słucham szumu, tym bardziej jestem autystyczny. Tym mniej umiem rozmawiać, tym mniej mnie to interesuje. Im mniej rozmawiam tym mniej ludzi ma ochotę mnie spotykać, a im mniej ludzi mam dookoła – tym bardziej znikam, mój mózg rozpuszcza się i odpływa od rzeczywistości, i tym więcej nowych informacji moge wyłowić z szumu… to zamknieta spirala społecznego umierania. Być może u jej podstaw lezy właśnie brak ludzi dookoła już na starcie – nigdy nie poznałbym szumu, gdybym nie miał tyle kontaktu z ciszą.
Niestety, zwierzę którym jestem nie jest zaprojektowane do życia w ciszy. Ogromna cześć tego co zawiera moja głowa to iluzja, okrutny chaotyczny i ohydny miazmat stworzony jedynie po to by moje nerwy pozostawały w stanie bezustannego zajecia. Ludzki mózg – mój mózg – jak zauwazyłem jest troche jak rekiny, ktore natychmiast umieraja kiedy przestaja pływać. Musi pozostawać w bezustannym ruchu, skoncentrowaniu i zajeciu, i jesli nie otrzyma odpowiedniej ilosci bodźców stanie się mistrzem w tworzenia swoich własnych gier. Mój mózg to mój najwiekszy przeciwnik i najgorszy terrorysta jakiego znam. Współpraca z nim pewnego dnia bedzie kosztowac nas obu życie.

Wspominam o tym nie bez powodu. Byłem niesamowicie arogancki twierdzac jeszcze chwile temu że z tym terrorystą można negocjować. Nazwałem go cieniem, głównie dlatego że widzę w tym dość humorystyczna metaforę – przed wszystkim poza cieniem mozna w zyciu uciec. Negocjacje początkowo przynosiły sukcesy. Terror niezajetej pustej swiadomości generował stres potrzebny do pracy, te chaotyczne wizje – wtedy jeszcze nie az tak przerażające – stymulowały wyobraźnie. Przez moment miałem wrazenie schludnej równowagi, a może nawet współpracy, pomniedzy tym co wewnątrz mojej głowy jest mną oraz wszystkim tym co zamierza poderżnać mi gardło, kiedy na chwilę zmrużę oczy.

jest w tym też historyczny aspekt. Moje pierwsze kontakty z cieniem nie rokowały za dobrze. W zasadzie nie potrafiłem zadna miara stawić mu czoła i z kazdego zmagania mój cień wychodził zwyciesko. wszystko czego sie bałem, wszystko czego żałowałem, zazdrościłem lub za co było mi wstyd wyciągane przed moimi oczami raz za razem i raz za razem minuta po minucie i ja, który nie miałem zadnych argumentów na nic, by temu zapobiec ani na zadne wyjscie z tej pułapki. Ale choć nie rozumiałem wtedy czemu – powoli rosłem w siłę i powoli udawało mi sie panować nad własnym zwątpieniem i niedoskonałościa. Troche przymykajac na nia oko, troche poprostu sunąc do przodu, trochę – starajac sie kochac i siebie, i wszystko co mam w rękach.

Podczas opanowywania własnej desperacji zauwazylem również pewną cykliczność. Dwa tygodnie na sześć. Co każde neutralne cztery tygodnie podczas których mam kompletna kontrolę i nastawienie do świata jakie tylko chcę przychodzą dwa takie kiedy cała materia rozsypuje się w moich rękach i całe dobro, światło i odpowiedzi znikaja mi przed oczami. Dosłownie, własciwie, bo niewiele wtedy widzę.

Gdy odkryłem tę zależność postanowiłem potraktować ją jako atut. Postawiłem na rodzaj dyscypliny i spialem się, by maksymalnie skoncentrować i odgrodzić te dwa stany świadomości. Moment w którym podjałem te decyzję jest prawdopodobnie tym momentem w którym odnioslem kompletną porażkę.

Wtedy jednak nie miałem o tym pojecia i osmielony początkowym pasmem sukcesow kontynuowałem ten proces – skupiania wszystkiego co negatywne i wszystkiego co pozytywne zgodnie z kalendarzem, lub dokladniej – jakimś cyklem którego przebieg nie jest precyzyjny ani znany mi do końca – jednak efekty które otrzymywalem byly bardzo zachecające. Byc moze z powodu wielu ogolnie pozytywnych rzeczy towarzyszacych mi w tamtym okresie, być moze z powodu radośći z sukcesu i ogólnej motywacji – mój cień wydawał się malec, a ja wydawałem się zdobywać przewagę.

Nie spodziewalem się w żadnym razie że kumulacja mojego cienia może przełożyć się na jego jakość. Innymi słowy – im wiecej mroku spychałem wewnątrz mojej głowy w dół, tym bardziej drastyczne były jego eskalacje. Co najważniejsze – nie tylko jeśli idzie o ilość i intensywność. Wszystkie moje lęki, złe myśli i caly mój pesymizm pozostały na miejscu w niezmienionej formie, podobnie jak cały ból, beznadzieja i przerażenie. Doszło do nich jednak coś nowego.

Po pierwsze, pojawiła się przemoc. wszystkie pierwotne fantazje które prześladowały mnie w ciemności dotyczyły pustki, zimna i smutku. Samotności. Nikt oprócz mnie nie miał w nich miejsca, nie było w nich miejca na żaden ból poza moim. Jedyna ofiarą mnie byłem nieodmiennie ja. Powoli jednak, ale nieubłaganie nowa jakość zaczeła wypełniac ten rodzaj snów. Nie jestem juz jedyny który w nich ginie. Razem ze mna znikaja bliscy mi ludzie, ludzie mi nieznani liczeni w dziesiątkach. Wcześniej widziałem najwyżej siebie kiedy roztrzaskuję sie o beton, teraz widzę się juz z bronia w rękach jak otwieram ogień do tłumu lub jak miażdżę czyjac krtań gołmi rekami. Oczywiście, niezaleznie od scenariusza, ja również ginę na końcu.

Po drugie – tak naprawdę tylko raz lub dwa razy zszedłem w ciemność tak daleko żeby zobaczyć jej koniec. Reszta jest najwyżej fantazją na temat. zawsze jednak kiedy schodziłem niżej czułem nad sobą jakiś rodzaj słowa bezpieczeństwa, świadomośc tego że mogę zawrócić w kazdej chwili. zawsze był powód, żeby wracać – dobry lub mylny, ale zawsze było jakieś marzenie, obowiązek, fantazja lub cokolwiek czego mogłem sie trzymać by wyrwać się spowrotem. Teraz jestem co najwyżej zmeczony i razem z moim znuzeniem wszystkie moje schrony zbladły. I zawsze kiedy wchodze w ciemność robię to ze swiadomością że jeśli nie wypluje mnie sama – nie bedę miał zadnego zaklęcia zeby wydostać się ponownie. Zniknęły wszystkie zasady i okazało się na koniec ze kompletnie nic mnie tu nie trzyma.

I po trzecie, co najbardziej mnie przeraża kiedy pisze to majac jeszcze jakaś świadomość tego co robię. Nie mam już nad tym zadnej kontroli poza tym jednym że mogę blokować ruchy. Kiedy idę w ciemność – to już nie jestem ja. Nie ja się ruszam, nie ja myślę, nie ja mówię i robię. Budzę się jedynie nagle po to żeby stwierdzić że spędziłem cały dzień sprawdzając graniczne stęzenia metanolu lub że własnie wróciłem z jazdy rowewm po pięcu piwach. Pamiętam gdzie byłem i co robiłem (do czasu, może?) ale nie mam żadnego głosu kiedy to sie dzieje. Troche jak z epikurejskim brakiem lęku – kiedy jestem ja – nie ma śmierci, ale kiedy jest smierć – nie ma mnie.

Zawsze bylem podmiotem i sprawcą wszystkich moich działań. Ogromnym przełomem było kiedy zdałem sobie sprawe z tego że cała ciemnoć to iluzja, że tak naprawdę nie jestem tak fatalny jakiego mnie wtedy widzę i swiat również nie jest tak fatalny jak się wydaje. Następnym odkryciem było że właściwie nie mam dostępu do mnie, ani do świata w jakiejkolwiek prawdziwej wersji, to znaczy – nie ma zadnej obowiązującej rzeczywistości, wszystko kazdorazowo wyznacza nasze nastawienie i działanie. Odkryłem więc że pozytywne działanie przynosi budujący rezultat i łatwo mozna osiągać niemal dowolne cele. I wszystko to po jedynie żebym stracił i swiadomość i wolność działania.

Już od niemal pół roku odliczam tygodnie. Mój świat z jasnego staje się szary, póżniej staje się czarny. wraca szum i wracają głosy rzeczy których już dawno koło mnie nie ma. Czuje jak bez powodu robię się bardziej i bardziej zmęczony, trzesą mi sie ręce i spię niedorzeczną ilość godzin, po czym budze się jeszcze bardziej zmeczony miz byłem, aż do chwili kiedy nie mam już siły podnieść się z łóżka. Leżę więc uwięziony w jakimś cholernie bolesnym pół-śnie w którym jestem sam w ciemności pełnej głosów i wyrzutów. Fantazji o tym jak moje ciało rzpada się na kawałki i o tym jak nienawidzę każdego z nich z osobna. O tym jak mam ochotę mordować ludzi z wielu powodów, badź bez zadnego, i jak doskonały moge ułożyć plan, by było to możliwe.

Zwykle przesilenie mija po dwóch lub trzech dniach i w ciągu nastepnych dwóch wracam zupełnie do rzeczywistosci. Znów widze kolory i jestem zdolny do pracy lub jakichkolwiek działań które nei wymagaja emocjonalnego zaangazowania. Za bardzo boje sie że właściwie, jeśli idzie o emocje, to została we mnei tylko ta zakrwawiona ciemna pustka, do której i tak wracam za często, nawet kiedy samemu nie aranzuję spotkań.

Kalendarz zresztą również zaczyna się sypać. Coraz mniej entuzjastyczne są te pozytywne momenty, coraz wiecej jest odcieni szarości w tym co poprzednio było białe. Im bardziej też ciemność w mojej głowie ma wpływ na moje ciało tym bardziej spinają mi się mięśnie, tracę na wadze i ból ktory poprzednio był jedynie w mojej głowie robi się bardziej i bardziej fizyczny. Tak właśnie pachnie piekło, jak sadzę.

Byłem niesamowicie blisko krawędzi ostatnim razem, i poprzednim i poprzednim. Jestem tez zmeczony wracaniem i nie umiem znależć jakiejkolwiek rzeczy która trzymała by mnie w tym miejscu. Powoli zaczynam mieć przeczucie że ostatecznie nie ma żadnej siły zebym uwolnił się od tego cienia, ergo: jestem zrobiony tak że zgine w losowym momencie. Na tę chwilę mam nadzieję na przynajmniej cztery tygodnie względnego spokoju.

Czemu to piszę? Bedę starał się kontynuować ten wątek zawsze kiedy jakas nowa myśl przyjdzie mi do głowy. Bardzo dużo się nauczyłem o tym kim jestem i o tym co mam w głowie, choć jestem jak sadze bardzo daleki od teorii aktualnej nauki. Być może zapis moich intuicji czy odczuć przyda się kiedyś komuś w podobnej sytuacji.

Oprócz tego nie mam dookoła nikogo kto byłby świadomy tego co mam w głowie. Żadna z kobiet ktore spotkalem nie ma nawet cienia podejrzeń że gdy usmiecham się słuchając jej opowieści o kolegach z pracy mam ochotę wyszarpać jej krtań, żaden z moich przyjacioł nie wie że gdy prowadze miłą rozmowe o grach komputerowych myslami właśnie podcinam sobie nadgarstki.

Chciałbym posotawić jakikolwiek ślad na temat tego co mnie prześladuje, szczególnie że kiedy za ktorymś razem nie zdołam uciec – bedzie juz za późno na pisanie listów i podobny kicz. Tym niemniej – przynajmniej dopóki myslę – myślę że jestem winien choćby strzęp wyjaśnień, tyle na ile czas mi pozwoli i tyle na ile mogę byc szczery z pustą kartką.