Kiedy mam zacząć pisać myślę o ludziach, którzy będą to czytali. Zamiast liter słów i myśli mam przed oczami pustą kartkę i twarze, słownie trzy lub cztery, kręcące się na tle białego ekranu.

Bez sensu.

Ta pusta biala kartka to jedyne miejsce gdzie mogę być tak naprawdę mną, jedyne gdzie cała gra która prowadzę musi się skończyć, jedyne gdzie nie musze z niczym i nikim dyskutować. Miejsce gdzie wszystkie strumienie moich myśli musza zlać się w jeden spójny nurt, chyba ze pisałbym jednocześnie trzy różne strony. Co swoja droga brzmi nawet inspirująco, jako techniczne wyzwanie.

Zawsze chciałem jakoś wyrazić całość.

Do wyrażenia jednak, skoro już przy tym jestem, zostało dość niewiele. Czytałem moje pierwsze myśli z tego bloga, pamiętam ich górnolotną ambicje żeby cos znaczyły. Jasne, ładne światełka szczerej myśli. jak świetliki, choć szczerze mówiąc, to trochę rozdęte.

Blog ten miał na początku swojego istnienia konstruowac, stac się jakimś tworem. Miał zapał, jak każdy młody wiersz, do stania się starą mantrą, a może i epopeją o losach. Miał w sobie bajke, i pasję, i walkę i chciał rosnać, rosnąć i rosnąć.

Po chwili zabłysło ostanie światełko, ostatnia ładna myśl, po której mój młody ambitny blog dorósł i stał się nieco zgorzchniały. Miejsca szczerych i naiwnych uniesień ducha zastapiły puste gorzkie żarciki, jak nieco bezczelne i pozerskie plucie w niebiańskim ogrodzie pestkami czereśni zjedzonych przed wygnaniem. Coś w tym blogu umarło.

Czułem później jeszcze przez chwile jego rytm i tętno, styl dość atrakcyjny dla mnie żeby nie zdzierac go z siebie tak szybko, ale jedna chwile później nad ostatnim rozpaczliwie błyskotliwym promykiem pointy rozpostarły się czarne tłuste chmury moich ponurych myśli. Kilkuzdaniowe aforyzmy zastapiły rozwlekłe analizy, desperackie drapanie paznokciami w powierzchnie mózgu z pytaniem „jak to, no jak to tak” i tysiakami, miriadami szarych smutnych szerszeni innych pytań, które osiadały mi na głowie, oczach i klawiaturze, wyżerając kawałek po kawałku każdy okruch cudem znalezionych odpowiedzi. Blog starzal się, tracił naiwność, zaczął tetryczeć i kręcic się w kółko. Robił się ciaśniejszy i ciaśniejszy, a jednoczesnie nadymał się wielkościa swoją i objętością dodawanych not.

Jak drzewo z jednej strony obrastające twarda szorstką korą a z drugiej próchniejące od środka.

„wzrost jest wieczny!” szeptały miedzy sobą drzewa wspinając się coraz wyzej i wyzej”

I jeszcze

„kazda siła i kazda wiedza, kazda dojrzałość jest słabością. Kiedy rodzimy się, pełni życia, jesteśmy nadzy, mali, wrażliwi i delikatni. Później rośniemy i stajemy się twardzi, silni i odporni. I wtedy własnie umieramy. Bycie silnym to śmierć dla zycia”

Mój blog nie stał się silny, nie rozwinął żadnych skrzydeł. Ambicje z początku wypalił w pierwszej kraksie, później trochę słuchał moich marudzeń i błądził razem ze mną. Czasem rejestrował moje zapiski z podróży lub przypadkowe myśli i pomysły. Żałuje że tak niewiele ich zdołałem zostawić i wstyd mi ze tak długo chodze ślepy po tym swiecie. Kiedy patrze na pustkę tego miejsca widze tez pustkę mojej głowy, kiedy zamiast widziec te cudowne drobiazgi, pajęczynową cudowność maleńkich detali zycia ja daje wykańczać się i oślepiać monstrualnym cienistym smutkom. Każdy atom który przeoczyłem czyni mój czas tutaj gorszym. Ale sam sobie jestem świadkiem – starałem się wychwycić jak najwięcej, kiedy już miałem momentami otwarte oczy.

Teraz jestem zamknięty w ogromnej papierowej kopercie, która pachnie starością, kurzem i rozpadem. Jest tu miejsce ledwo na mnie i moje czarne myśli, z trudem wcisnąłem jeszcze biurko, przy którym spędzam równo pół dnia i łóżko, w którym spędzam drugie pół. Nie ma miejsca na nic pomiędzy połówkami. Nie ma tu przestrzeni nawet na to żeby się rozejrzec, ani na żadna wartościową chwilę, ktorą można by złapać. Z każdym oddechem powietrze robi się gęstsze, cieższe i bardziej duszne, wypiera za nieszczelne okno całą żartobliwość, całe światło, które mogłoby tu wpaść. Przygniata mnie i sprawia że kurczę się, wciskam się sam w siebie, zastygam w jednej pozycji, schnę i twardnieję. Powoli obumieram, jak wszystkie drzewa. Nie wierzę już ze wzrost jest wieczny.

Śpię nawet i po 16 godzin, ponieważ zauważyłem że w snach jest przestrzeń, jest świat. W snach mogę wejść do pokoi w mojej głowie, które są przede mną zamkniete na głucho, kiedy czuwam. Wszystkie te, w których jest coś dobrego, wszystkie pełne tych cudownych miejsc, z których wyrosłem. Czuję też niestety, że im mocniej nasiąkam tym dusznym powietrzem tego miejca tym mniej pamiętam, tym ciaśniej robi się w mojej głowie. Kazde marzenie, wspomnienie, kazde światło blednie i kurczy się, jakby ta ponura chmura wysysala z niego soki ledwie muśnięciem. Mimo wiec, że pamięć o światach, w których byłem szcześliwy jest wciąż jasna i zywa w mojej głowie dozuje je, kropla na wieczór, jak wino z Atlantydy. Nie ma wiecej wina z Atlantydy…

Powinienem uciekac stąd jak najdalej, powinienem już jutro zniknać, wyjechac, przepaść, zostawic rzeczy, zostawić myśli,  wszystkie obietnice którymi zyję i spróbować wszystkiego od nowa, w nowym miejscu, z nowymi marzeniami, z jakimikolwiek marzeniami, z jakakolwiek motywacją, z jakimkolwiek celem przed oczami… przed oczami którymi coś bym wreszcie widział.

Ale czuje się, kiedy siedzę tu i bawię się mrokiem nad moja głową jak uszkodzona zabawka. Jedyne po czym poznaję że pali się wewnątrz mojej głowy jeszcze jakieś światło to fakt jak ostre i wyraźne rzucam na wszystko cienie tam gdzie się pojawiam. Czuje się jak magiczna latarnia, której tryby mechanizmu zardzewiały i nagle ustał cudowny bieg symboli i świetlistych znaków. Puszka która powinna się krecić stoi martwo w miejscu a światło żarówki powoli przygasa. Czuje się jakbym poszedł bardzo nie tak.

Nie przypadkiem zresztą. Czemu nagle wszyscy mają mnie za nic? Czemu tak dużo ludzi uparło się żeby przekonać mnie że nic nie znaczę że nie mogłem dłużej ich lekceważyć, że musiałem im minimalnie przynajmniej uwierzyć? Z każdą kolejną wątpliwością jeden maleńki trybik wyskakiwał z posad, jedna rysa pojawiała się na szkle. Jeszcze nie dawno widziałem cel tego wszystkiego, wierzyłem ze moge go osiągnąć, ze dojdę tam gdzie chcę dojść. Dziś czuje się jakbym nigdzie miał nie dojść, z wyłączeniem być może dojścia do porozumienia z tym beznadziejnym losem, którego pełne jest to fatalne mieszkanie. Kiedy zadaje sobie to fundamentalne pytanie, czego chciałbym, co chciałbym mieć, jedyne co przychodzi mi na myśl to uciekać stad jak najdalej. Na to jednak nie mogę sobie pozwolić… ponieważ nie mam gdzie uciec.  Pleśń w tym miejscu jest lepka i grząska, wiedziałem to od początku jak łatwo będzie się przykleić.

To nie ma pointy, to co pisze, poza tym może jak ohydnie marnuje tutaj czas. Każdy atom który przepływa mi między palcami to jeden atom mniej. Ale z powodów, które prawdopodobnie są beznadziejnie banalne, nie mam siły żeby wyciągnąć ręce wyżej. Mogę mieć jedynie nadzieję ze skoro już zdałem relacje z sytuacji zdołam się od niej uwolnić szybciej. Przyszły miesiąc będzie przełomowy w tej grze.