Jechałem pociągiem na trasie Wrocław – Kołobrzeg, o 10.53, z przewoźnikiem TLK którego poznałem od bardzo kurtuazyjnej strony ponieważ całe niemal 400 kilometrów życzył mi przyjemnej podróży, żegnał mnie gdybym wysiadał i po wielokroć przepraszał za nawet tak nieistotne opóźnienie jak 30 minut.

Pociąg był dość pełny, jak to przed świętami, a kiedy wsiadłem większość miejsc była zajęta. Usiadłem w końcu koło młodej pary, ramię w ramię ze szczęśliwie zakochanym nim, i na przeciwko niej. Koło mnie było jeszcze dziecko zupełnie innego małżeństwa zajmującego miejsca przy oknie.

Początkowo spodziewałem się ze to dziecko jest tym wyrokiem który uczyni tę krótką podróż dramatem i dantejskim piekłem (szósty krąg: “mamo a daleko jeszczeee…?!?!”) ale myliłem się. Dziecko było ciche i mało absorbujące, a rodzice spokojni i uśmiechnięci.

Zupełnie co innego młoda para przy moim ramieniu. On był facetem prawdopodobnie kolo 30, o dość spokojnym usposobieniu i w takim misiowatym typie, z brzuszkiem i początkami łysiny. Pracował jako taksówkarz, co łatwo było spostrzec, ponieważ ani na chwilę nie przestali rozmawiać z jego wybranką i to był jeden z głównych tematów. Ona zaś była dziewczyną zgrabnej budowy, lecz urody nieco drugorzędnej, z bladą i szarą twarzą i niesympatycznym uśmiechem który przypominał mi moją niebyłą nauczycielkę niemieckiego, zwłaszcza gdy podpadłem nieznajomością przyimka rodzajowego w trzeciej deklinacji.

Zauważyłem również że w ramach uzyskania minimalnej przynajmniej wygody w puszce na ludzi która nazywa się przedział blada pani nawet na chwile nie zdjęła stóp ze swojego misia, co – jak się niebawem przekonałem – doskonale oddawało ich model związku.

Zaczęło się dość niewinnie, ponieważ on powiedział ze ostatnio miał taki kurs, co ona skwitowała beznamietnym ‘aha’ z wzrokiem wciąż utkwionym w krajobrazie za oknem. On dodal: i nie uwierzysz kogo wiozłem. Ona spytała kogo. Więc ja, i cały przedział również dowiedzieliśmy się że Jolkę. Osobiście nie znam Jolki, ale blada germanistka widać znała, co znalazło na jej twarzy odbicie w jeszcze straszniejszym grymasie niż ten od trzeciej dekilnacji. To było Obniżenie Kącika Ust Ostatecznego Przygotowania Do Ataku zaraz przed tym jak ty musisz powiedzieć “nie odrobiłem zadania bo zapomniałem, proszę pani”

I istotnie, po uprzejmym pytaniu co u Jolki na które rozochocony sukcesem (w postaci uzyskania uwagi swojej pani) miś odpowiedział długo i dobitnie – popełnił okropny błąd, który kosztował jego, mnie i resztę pasażerów całą masę nerwow. Otóż powiedział że schudła jeszcze i ty przy niej to aż byś na grubą wyglądała.

To zdanie wyznaczyło cały emocjonalny kurs mojej podróży. Nie wiedziałem jeszcze o jaką parę chodzi więc pomyślałem przysypiając “o stary, ale spieprzyłeś sprawe” sadząc ze znam przebieg wypadków. Myliłem się.

Pani nic nie odpowiedziała, tylko wróciła do patrzenia w okno. Po chwili do misia dotarło co to oznacza, a może nawet czemu tak robi i zaczął ją poszturchiwać nalegając żeby się nie obrażała. Ona postanowiła go głęboko zlekceważyć więc miś nie ustawał w szczypaniach, poszturchiwaniach, łaskotaniach i podobnych żeby tylko jej szlachetna uwaga znów spłynęła na jego niegodną osobę. W końcu widać zniecierpliwił się bo lekko przesadził co zaowocowało ostrym i przejmującym syknięciem z jej strony, po którym aż mi przeszły ciarki po plecach “no nie dotykaj mnie no, mało mam już siniaków od ciebie?”

On na to “jakich siniaków, ja to mam siniaki jak mnie ostatnio drapnęłaś, i mogę ci pokazać” Ona: “ja to bym ci pokazała, całe ramie mam sine” (tu przez chwile zacząłem się obawiać że ta ekscentryczna galanteria faktycznie ma się wydarzyć) On potwierdził moje obawy mówiąc “tak? a ja mam siną całą lewą nogę i jeszcze mnie dalej boli” Ona:”poprostu mnie zostaw i daj mi spokój”

I faktycznie kilka minut spędzili w milczeniu.

Następnym powodem do wymiany syknięć był telefon od jej przyjaciółki, w którym oczywiście opowiedziała głośno i dobitnie całą sytuacje jolki i siniaków, napominając również że w pociągu tłok, jej jest niedobrze, ma nadzieję ze ktoś (może ja?) wysiądzie i w ogole jest okropnie i niedobrze.

Miś usłyszawszy jakim jest oprawcą i tyranem zaczął złorzeczyć na dzwoniącą przyjaciółę, czego efekt nie odbiegał daleko od rozmowy o siniakach, to znaczy młoda para wymieniła syknięcia.

Potem pojawiły się problemy taty misia, którego pani nie lubi, stanu ich finansów (dokładniej jej finansów, bo widac miś ma na tyle rozsądku żeby utrzymywac rozdzielność majątkową, ona natomiast nie zapomniała mu wypomnieć ani jednej rzeczy którą sobie kupił), następnie problem siniaków raz czy drugi jeszcze, aż dotarło do problemu pójścia do warsu po kawę.

Dość powiedzieć że ton robił się coraz ostrzejszy a ja przestałem już radośnie przysypiać i zastygłem w oczekiwaniu na rękoczyny, kiedy miś ogłosił basem że on już nie może z tą kobietą i żeby tylko czekała na Poznań, bo tam wysiada. Ona na to że wcale nie wysiada bo nie da mu bagaży. On że nie potrzebuje bagaży bo wszystko sobie nowe kupi, ma prace i kase i kupi jej na złość. Ona że nic sobie nie kupi bo jego portfel i tak jest w jej torbie, na co miś rozpoczą groźby że on jej siłą tę torbę więc będzie odbierał, na co ona odszczekała się tym że konduktora wezwie żeby ją bronił i zrobi mu scenę i czy on tę scenę naprawdę chce.

Miś widać nie chciał i wrócił na swoją pozycję w tym związku bo po chwili milczenia burknął jeszcze tylko kilka razy że paskudna z niej baba ( w czym rację miał absolutną) i wpatrzył się tępo w okno.

Do niej o dziwo również dotarł fakt przegięcia i zaczęła dla odmiany zaczepiać misia mówiąc że to wszystko przez tą jolkę i że zazdrosna jest i czy zazdrosna być nie ma prawa i czy on tego nie rozumie. Pytanie o rozmienie powtórzone zostało przynajmniej z pięć razy bo miś postanowił również widać nie odpuszczać i łatwo wzroku od okna odkleić nie chciał.

Później młoda para wyszła do tego warsu i wróciła w nastrojach nieco lepszych.

Miś chciał wysiadać jeszcze ze dwa razy z powodu jej komentarzy na temat jego drogich butów oraz przemysleń w rodzaju że ją prędziej skręci niż by miała wujkowi misia jakiś prezent kupić.

W poznaniu miś siedział beznamiętnie wyglądając przez okno za utraconą wolnością.

Na drodze do celu pojawił się jeszcze problem bułki, to znaczy miś spytał czy jakaś bułka została, i okazło się że tak, ostatnia.

Miś powiedział więc że bułki nie chce, bo zostawi dla niej, ona odrzuciła propozycje mówiąc że nie jest głodna a już blisko.

Miś nalegał i ona nalegała w coraz ostrzejszych słowach jakieś 30 kilometrów, aż stwierdziła że miś to w ogóle zawsze marnuje jedzenie i nie po to ona tyle pracowała żeby tę bułkę zrobił żeby on ją teraz wyrzucał. Miś znów chciał wysiadać.

Sporo ominęło mnie ponieważ ostatecznie wybrałem wariant z słuchawkami na uszach i The Doors, jednak za każdym razem kiedy je ściągałem docierał do mnie ten sam jazgot szczęśliwie utartego modelu związku z dobrze rozdanymi pozycjami i rozkładem sił.

Święta nad morzem były całkiem udane, co jest tematem osobnej notki, po powrocie musiałem zrobić zakupy.

Na moim brzydkim i szarym osiedlu zrobionym z betonu spojonego bogiem honorem i ojczyzną, oraz śliną fachowców był kiedyś wyjątkowo obskurny warzywniak, który w wyniku swojej obskurności i całkowitego moralnego rozpadu obsługi ostatecznie splajtował i został zastąpiony przez warzywniak równie ohydny który podzielił jego los. Po tym warzywniaku w budzie – przemalowanej elegancko z szaro – buro – niebieskiego na ładny żółto pomarańczowy kolor ktoś wymyślił piekarnię.

Oczywiście pieca tam próżno szukać, jednak dostawy pieczywa są dość regularne a asortyment jakości dobrej. Nie to jednak zaskoczyło mnie w piekarni będącej efektem ustrojowych przemian.

Kiedy wszedłem z zamiarem zakupienia chleba zwykłego typu chleb o smaku chleba (co nie jest takie łatwe dzisiaj, jest to towar dość rzadki i trudno dostępny) Sprzedawca pojawił się za ladą ruchem dość nerwowym i urwanym, dokładniej rzecz biorą wyskoczył jak sprężyna z jakiegoś kąta. Był też dziwny jak na sprzedawcę piekarni, ponieważ na oko miał z 16 lat i czarny lekko wymięty sweter zamiast zwykłego piekarskiego fartucha który przeważnie dominuje po jego stronie lady. Widać było też zupełną dekoncentrację w jego oczach kiedy zapytał co podać.

Przyczyna owej dekoncentracji i wymięcia ujawniła się już pół minuty później, kiedy w ślad za sprzedawcą pojawiła się równie zdezorientowana i lekko zarumieniona dziewczyna, na oko lat 15, która istotnie miała na sobie piekarski fartuch którego ostatni guzik właśnie zapinała w pośpiechu, po to aby oficjalnie podejść i nabić mi mój chleb na kasę, której obsługa była widać jej wyłącznym sekretem.

Całość tej sceny miała w sobie jakiś nieodparcie sentymentalny urok, oraz pozostawiała ogromne pole dla wyobraźni jaka ładna historia o pierwszym zakochaniu musi stać w kącie za ladą piekarni i na jakie trudności natrafią jeszcze dzieci stawiające pierwszy krok w chmury wśród zapachu niezmiennie świeżego pieczywa.

Myślę że niebiesko – szaro – burość ostatecznie zwycięży donosem do sanepidu od emerytowanej dewotki zaopatrującej się tam w bułeczkę grahamkę pełnoziarnistą (bo goździkowa mówiła ze błonnik od tego lepszy) której zazdrosne o każdy przejaw życia oko wyśledzi i wyrwie każdy kiełek nowości, zwłaszcza że sklepik z bułkami stoi niebezpiecznie blisko Wielkiego Betonowego Kościoła.

Dwie pary, dwie historie. Notka o moich świętach w następnym przypływie weny.