Sny.
Sen jest najbardziej pociągający, z całego dnia. Śpię kiedy mogę i ile mogę, potrafię nawet przespać całą dobę, gdybym tylko miał taką zawodową szansę. I snię.
I to nie niewyspanie, ani lenistwo trzymaja mnie w łóżku. Zauwazyłem już dawno że spanie powyżej 8 godzin w ciągu doby owocuje serią przykrych dolegliwości. Człowiek po 12 godzinach snu budzi się zupełnie nie do życia, zaspany, ze zmysłami tępymi jak łyżka do sałatek, przygnębiony i… zmeczony. Czemu sen męczy? Może męczy śnienie…
Śnię zwykle o miłości. Zwykle jest tam też seks, choć nie muszę zmieniać piżamy za każdym razem gdzy się budzę. Moje sny zawsze mi coś mówią, i co najważniejsze – pamiętam wszystkie.
To troche takie uczucie jakbym siedział w kinie na najbardziej świetnym filmie, jaki mogę zobaczyć. Na takim który porusza wszystkie te sprawy które mnie interesują, oprowadza mnie po najbardziej zajmującym dla mnie świecie – moim świecie, jest moim doradcą, przewodnikiem i wspomożycielem. Bawi, pociesza i poucza.
Sny o miłości są ucieczką z samotnej codzienności. Mogę wziąć na siebie ile tylko zechce projektów i zleceń (zauważyliście, że zawsze pracuje się nad jakimś projektem? Całe życie robimy projekt…) i mogę zatopić się w pracy i kreacji na długie godziny, dni i miesiące… ale coś z człowieka we mnie, nawet jeśli zepchnąć to i związać w jakiejs piwnicy mojej głowy – wróci, gdy będę spał.
To tak jakbym miał w głowie taką małą dziewczynkę, której zupełnie nie chce słuchać, i trzymam ją na strychu… i cały kontakt który mamy ze sobą to to, że słyszę jak smutno spiewa nocami.
To właśnie moje sny.
Śniłem o demonie który zakochał się w młodej czarownicy. W dziecku, które miało coś mogącego eksplifikować jej emocje na naturę. Kiedy tupnęła, rozchodziła się po ziemi fala tapnięcia. Ściągała burze, mróz i podobne. I kompletnie nie wiedziała jak się z tym obchodzić. A demon? Brzydki i złośliwy, szczupły i wysoki rogaty potwor na kozich nogach. Kompletnie zły i niemal wszechmogący.
To był skomplikowany sen. Składał się z dwóch scen. Nie wiem, kim tam byłem – z jednej strony tylko obserwowałem z zewnątrz, z drugiej – czułem jego i jej uczucia na raz. Zaczęło się na polu, gdzie nasz demon chciał zbliżyć się do dziewczyny, ale przestraszył ją i zaczęła uciekać. Złapał ją więc i nie wiem co chciał zrobić, ale dziewczyna zrobiła coś, co uderzyło w niego piorunem. Później podpaliła go i zamroziła… Wtedy demon wydawał się zły i był zagrożeniem, i z satysfakcją patrzyłem na jego porażkę.
Później dziewczyna szła przez dom. Taką drewnianą szopę, opuszczoną i ciemną. Przypominającą stacyjkę z tego filmu… Demon zaczął do niej mówić z ciemności. Mówił że może pomoc jej opanować to co posiada i nauczyć ją jak z tego korzystać. Pokazał jej, że może pstryknąć palcem i zapala światło. Pstryka znów – i gasi. Dziewczyna zaczęła próbować i po chwili udała jej się ta sama sztuczka. Demon zbliżył się do niej i przytulił ją. Wtedy czułem jego – chcieć czegoś, co ma się blisko, ale nie można tego posiąść, nawet jeśli potrafi się wszystko. I chcieć czegos tak doskonale sprzecznego z naturą, którą ma się w środku. A z drugiej strony – skóra przy skórze, i łatwo w to uwierzyć ze wszystko jest możliwe w tym zwariowanym świecie.
Dziewczyna przez chwile odwzajemniała pieszczoty, ale spłoszyła się w jednej chwili i uciekła… a demon zniknął w ciemności.
Drugi sen, z dziś, jest jeszcze bardziej skomplikowany. To cała epicka historia.
Byłem tam ja. I nie wiem, kim byłem, nie widziałem siebie ani razu. Ale byłem chłopakiem. I była dziewczyna, bardzo młoda i bardzo ładna. I Byli jeszcze jacyś ludzie, moi przyjaciele i jej rodzice… chyba.
Byliśmy w jakimś zamku, albo pałacu. Na przyjęciu. Pamiętam że to był jakiś bal, lub zjazd…
To, co zostało w moje głowie:
Zaczyna się kiedy próbowaliśmy stamtąd uciec. Nagle, nie wiem czemu. A wszyscy ludzie wokół zmienili się w pewnego rodzaju zombie. Pewnego rodzaju, ponieważ byli kompletnie niegroźni, a nawet przyjaźni… Oni wszyscy mieli alzheimera. Wszyscy. Nie wiedzieli gdzie i kim są i włóczyli się małymi kroczkami bez celu w przestrzeni. Doszliśmy do wyjścia bez żadnego problemu… Ale wtedy dziewczyna powiedziała że tam jest jeszcze jej babcia, i musimy ją wydostać.
Ukradliśmy klucz z recepcji i przedzieraliśmy się przez strasznie dużo drzwi i schodów, jakiś wąskich przejść i korytarzyków. I okazało się że tak naprawdę to szpital psychiatryczny, i babcia jest zamknięta w takiej celi bez klamek. Zeszliśmy do jakiejś mrocznej piwnicy pełnej starych zardzewiałych żeliwnych drzwi z numerami. Spodziewaliśmy się jakiś wariackich ryków, ale wszędzie było cicho…
Szedłem za dziewczyną wzdłuż cel, reszta została z tyłu. Szukaliśmy tej w której jest jej babcia. I nagle znikąd – a może z którejś z cel pojawił się rój pszczół i zaczął krążyć wokół dziewczyny. Ona jakby nie zauważała tego, nie widziała w tym zagrożenia. Pszczoły usiadły jej z tyłu głowy i powiedziałem jej „hej, masz cały rój pszczół we włosach” a ona odpowiedziała ze wcale nie, i nic nie czuje. Wtedy pszczoły przeszły na jej twarz, i zaczęły wchodzić do ust i oczu… i pstryk.
Dziewczyna budzi się na plazy. Rój pszczół odlatuje w nieznane. Dziewczyna nie wie gdzie jest ale wokół jest pięknie – lazurowa woda i złoty piasek. Jest ciepło i pogodnie. Dziewczyna wspina się na taką spiczastą zaokragloną wydmę, żeby rozejrzeć się po okolicy. Na morzu nic nie widać. Dziewczyna osypuje się razem z piaskiem w dół… i wtedy ktoś mówi: „hej. Zepsułaś mój nos!” i z piasku podnosi się piaskowa niezgrabna postać, przypominająca troche enta, albo kamieniozerców z „niekończącej się opowieści”. Postać zanosi się śmiechem i mówi że nie szkodzi, po czym dmucha jak w chusteczkę i nos wraca na swoje miejsce. Mówi do dziewczyny że czekał na nią, i chce ją czegoś nauczyć.
Dziewczyna zaczyna żyć na plaży i słuchac tego co mówi mądry piaskowy człowiek. On uczy ją ze praca w grupie jest kluczem do sukcesu i pokazuje jej jak łowić ryby zaostrzonym kijem. Wszyscy śmieją się i jest jak w bajce. I mijają tak dni i tygodnie, dziewczyna dorasta…
Ostatniego dnia podchodzi do mnie i przytula się. Jest wieczór i świecą nad nami gwiazdy, a ona mówi że była taka szczęśliwa, i zawsze mnie kochała. Mówię jej że ja też kochałem ją cały ten czas, nawet jeśli nie mogła mnie widzieć… i chce trzymać ją tak i cieszyć się nią jeszcze chwile, ale dziewczyna odbiega ode mnie i idzie pożegnać się z piaskowym mędrcem. Pstryk.
Jesteśmy powrotem na korytarzu przed celami. Czas nie poruszył się nawet o sekundę, po prostu dokończyłem krok który zacząłem gdy pojawiła się plaża.
I nagle czuje jak umieram, i jak umiera dziewczyna obok mnie.
I znam rozwiązanie. Widzę je choć nie znam przyczyny, Anie nie wiem jak. Babcia dziewczyny była czarownicą i dlatego zamknięto ją w tym dziwnym miejscu. I wiedziała że świat musi się skończyć. Że wszyscy ludzie ogłupieją i będą włóczyć się bez celu, ślinić się i memłać w ustach słowa bez wyrazu. I ze nie ma od tego ucieczki. Ale kiedy dziewczyna zbliżyła się do niej, choć nawet nie widziała – rzuciła czar, który na chwilę przeniósł ją do krainy gdzie mogła być jeszcze przez chwile zachowana w czasie, nauczyć się czegoś i dorosnąć. I to był jej ostatni czar i ostatni czar na całym świecie.
I wtedy, kiedy się skończył, skończyła się cała znana ludzkość.
Nie wiem, czemu śnię takie rzeczy. Ale kocham to, tak jak kocha m kino. Kocham to nad życie, w pewnym szczególnym sensie.
Ciężko pozostać zen, który każe nie oddalać się nigdy od rzeczywistości i nie dawać sie uwieść swojej wyobraźni…