Pierwsza wizyta w Warszawie zakończyła się mieszanym słodko gorzkim smakiem. Jakaś droga została dla mnie – za mnie – wybrana. Wracając pociągiem nie wiedziałem co o tym myśleć, właściwie dalej nie wiem. Czuje się trochę oszukany. Patrząc na przesuwającą się za oknami montonną cimność przetłumaczyłem po swojemu tekst Gogol Bordello… Piękny liryk, choć nastroj muzyki nie do odtworzenia w tekście.

Moim pobożnym życzeniem pozostaje żeby dwuznaczność tego tekstu dotarła tam gdzie powinna… Książe na dorobku i księżniczka na garnuszku.

“Potrafiłaś mnie prowadzić przez mosty płonące

I słodziłaś myśli cierpkie, i koiłaś drżące

Tylko z tobą mogłem śpiewać dla widowni pustej

To do ciebie się uśmiecham gdy nas widzę w lustrze

I bądź pewna że przyjadę

gdybyś zadzwoniła

by dziękować ci za wszystko

co dla mnie zrobiłaś

i być z tobą każdą noc

choc to wciąż za krótko

jestem zawsze cały twój

wódko”

.

.

.

.

I jeszcze mysl na osłodę dnia:

“byc może marnuję mój czas na internet, ale oszczędzam go na kościele!”

Jednym z najistotniejszych nerwów w świecie artysty jest publiczność. Widz. Czytelnik. Słuchacz.

Widz staje się słońcem pewnego układu, dookoła którego poruszają się planety naszych światów. Pisząc każde zdanie i komponując każdy kadr mówimy jakimś językiem, i mówimy tym językiem do kogoś. Nawet kiedy spływają mi z ręki jakieś luźne myśli na tę stronę o której nikt nie wie – zastanawiam się czy dotrze tu była dziewczyna, przyjaciel, czy jakiś wyznawca zainspirowany moim hasłem. Każda litera powstaje dla bytu o wielu głowach i wielu umysłach, chimery bez konretu – widza.

Radzimy sobie z tym słońcem na różne sposoby. Niektórzy z nas udają ze widza nie ma. Ja chyba jestem takim przypadkiem. Wydaje mi się ze wszystko co tworze to zmaganie mojego geniuszu samego ze sobą, jakieś starcie wewnętrznej siły. Przypomina to w pewnym sensie jakiś zaawansowany psychiczny onanizm, seks bez seksu, życie bez życia, wojne bez wojny. Stąd i dzieło, jako efekt, staje się płytkie, jałowe i bezowocne. Aspiruje jedynie do technicznej perfekcji, dąży jedynie do pokonania ograniczeń które uczyniły poprzednie dzieło niedoskonałym… i tak aż do końca, do chwili kiedy stworzę rzecz wykonaną z nieograniczoną perfekcją. Pozbawioną przy tym jakiegokolwiek sensu, znaczenia czy siły, cudownie rzeźbiony grot strzały która minie każde serce.

To doskonała postawa młodego człowieka szkolącego warsztat, który medytuje nad każdym kolejnym narzędziem w rękach, spędza noce nad eksperymentami i odnajduje nowe słowa w języku swojej sztuki, które wcześniej przegapili mistrzowie. Kreatywność jego warsztatu bierze się z pasji odkrywania, z dziecinnej zabawy ‘a co by było gdyby’. Tak zostaje się artystą formy, również wynoszącym dzieło ponad widza, lecz tym razem o jego sukcesie decyduje świeżość i nieoczekiwaność formy.

Czasem wchodzimy w mezalianse z widzem, kusimy go sekretami, zapraszamy do mistycznych tajemnic, do podróży przez światy które dla niego stworzyliśmy. Flirtujemy i uwodzimy, usypiamy jego czujność by zdjąć maski i zbroje, pozostawić go nagim i uderzyć w niego z całą mocą niepokoju który siedzi za każdym aktem tworzenia. A później patrzeć jak gorączkowo zbiera części garderoby i zakłada na powrót beznamiętną minę konesera na ułamki sekund zanim zapalą się na widowni światła i pojawi się ryzyko przyłapania na nagości.

Artysta taki jest wyuzdanym gwałcicielem, sadystą w swojej perfekcji drażnienia punktów czułych, raczej psychologiem niż posiadaczem techniki i warsztatu. Jego geniusz nie prowadzi wojen, ale dokładne studia, przyłapać go można nie na rozdarciach wewnętrznych lecz z lupą nad skomplikowaną mozaiką nerwów.

Można również zbratać się z widzem, można wziąć go nagle i z zaskoczenia, można go podbudować lub zwyczajnie znudzić. Można zaprosić go do świata i nie zaoferować nic więcej poza kompletem slajdów. Kiedy zacznie się myśleć o widzu w pewien szczególny sposób, jak o istocie uległej, słabej, naiwnej i pretensjonalnej można okryć zaskakujące myśli przewodnie w dziełach, na których haczyk sami daliśmy się złapać. Możemy nazwać to sztuczką, możemy nazwać rewelacją.

Czy istnieje jakaś droga łącząca style tworzenia, czy da się zmienić w artyście podejście do widza? Lub raczej – czy można manipulując totemem widza dowiedzieć się więcej o sobie samym i wykrzesać więcej talentu z jednostki, niż naturalnie jest jej to przeznaczone?

W każdej kreacji, tworzonej z pasji, potrzeby, natchnienia i bez czysto biznesowych motywacji znajduje się potrzeba wieczności, tworzenie jako akt w ostatecznej formie rozwoju jest zaspokojeniem potrzeby utrwalania ego, aspiruje do czasów, których sam twórca nie zdoła oglądać. Skromność tutaj jest zbędną manierą. Jesteśmy inni, jesteśmy silniejsi i jesteśmy lepsi, w tym sensie że ‘chleba naszego powszedniego’ to jest nędzny okruch tej wielkiej rzeczy, do ktorej kazdy z nas zmierza.

Ale po drodze, między nami a wiecznością zawsze znajduje się widz. I ten widz, co gorsza, zwykle jest janem kowalskim, średnio rozgarniętym studentem tego czy owego, który kupił książkę ponieważ wszyscy o niej mówią, lub poszedł do kina bo miał wolny wieczór. I to z niego trzeba zedrzeć maskę i w jego serce trzeba trafić, a później jeszcze w tysiące serc, aby wypełnić to ostateczne zadanie i odebrać laury od własnej muzy.

Czy więcej można wykrzesać z siebie kreatywności myśląc o widzu jak o celu, czy jak o środku? Każdy twórca siłą własnej indywidualności sam znajduje odpowiedź na to pytanie, lub polega na własnym geniuszu i intuicji. Swoją drogą ciekawe na ile można być samoświadomym procesu tworzenia, i czy przesadna narracja samego aktu nie utrudnia aktu w jego istocie.

A może absolutna bierność i brak aktu oraz odpowiedzi są kluczem do osobowości i charyzmy twórczej?

Jestem jak lustro, nie będziesz się mną interesował dopóki nie zobaczysz siebie wewnątrz.

Święta.

Mało co przeraża mnie podczas całego roku jak święta. Nie jest nawet tak że nienawidze świąt… jest raczej tak że kocham święta, ale nie mogę ich mieć. I to daje im dokładni taki sam smutny i nostalgiczny smak jak wszystkie rzeczy które kocham, a które pozostają nie do zdobycia.

Wierzę też w pokonywanie siebie. W osiągania wyższych stopni świadomości i wyższych stopni profesjonalizmu przez pewne zaprzeczenie sobie i przez zmaganie z myslami na które wcześniej nie byliśmy gotowi. Wierzę w patrzenie w otchłań, i że patrzenie w otchłań czyni cię silniejszym. I w parę innych głupot również.

W każdym razie stoję przed nowym profesjonalnym zadaniem. Musze napisać odcinek serialu animowanego w świątecznym klimacie. I musi być lekki i żartobliwy, trafiać do widza i nastrajać go pozytywnie. i reklamować tran.

Jesli chodzi o mój stan ducha to jest mniej więcej tak jakby kazano ofierze wypadku po amputacji napisac serię dowcipów reklamujących płyn na porost włosów o jej straconych nogach. Może to mocne porównanie, ale dość trafia w strunę, nad którą właśnie siedzę.

Jesli uda mi się sprzedać tę historię przejde na wyzszy poziom – i profesjonalizmu i finansów. Jesli zawiode będę dalej szukał drzwi.

Wysoka stawka jak za wejście w świat własnych traum i wyciągniecie z niego przynajmniej kilku zabawych rzeczy.

Nie dysponuje nawet piórnikiem reżyserskim, ponieważ nie mam żadnych wspomnień ze świąt z rodziną. Nie mam nawet czego opisać, muszę od zera wymyśleć cały świat i całą intrygę. I zamknąć w krótkim dialogu z dziewczyną, której również nie mam.

To ciekawa historia do punktu pod tytułem pokonywanie siebie. Stajemy się lepszi przez wykonane zadania, mam nadzieję że osiągnę sukces. Termin pojutrze.

Bardzo przyjemny głęboki wdech czeka na mnie na końcu tej drogi.

“obudzimy się wszyscy w nowym awatarze

i niebieskie, jak ptaki, będziemy miec twarze”

Spotkałem dziewczynę która nie mogła mówić. Lub przynajmniej robiła to z trudnością. Miała szczękościsk, przez jakiś dentystyczny problem. Taka młoda drobna blondynka. Pochwaliła moje prace nad scenariuszem.

Pomyślałem wtedy że ciekawie byłoby pójść na taką randkę na której nie możesz powiedzieć ani słowa. Ani słowa usłyszeć. Czy ludzie zdołaliby przeskoczyć ponad własnym językiem i całym zestawem konwenansów i komunikować sie mimo tego? Napewno byłoby zabawnie i napewno miałoby to jakiś intelektualny odświerzający rys. I jakiś komiczny aspekt. Był film “miast ślepców” w którym rezyser odważył się uczynić ślepymi wszystkich swoich aktorów. Nie wiem czy ośiągnął sukces. Pamiętam też ćwiczenie montazowe sprzed lat – portret w trzech ujeciach – gdzi ejakiś niesamowicie zdolny kolega zdecydował się na niewidomą dziewczynę. Masy wysiłku było trzeba aby to odgadnąć. Zdecydowanie zdeklasował moją dziewczynę pijącą herbatę, i chyba nawet dresiarza jedzącego lizaka. Dziewczyna robiła sobie makijaż z zamkniętymi oczami.

To by było troche tak jakby pójść na randkę nago. Kiedy tracisz swój język tracisz też swoje myśli, a przynajmniej stają sie bezużyteczne, jesli wychodzą na wyższą abstrakcję. Wracasz do źródła, do instynktów, do skuteczności i elementarnych strategii. Jak pokazesz komus, kogo widzisz pierwszy raz, że ci się podoba, albo nie podoba, bez uzycia słów? I jak odczytasz jego gesty? Musisz wypracować nagle ogromny zestaw intuicji i cały mechanizm odczytywania spojrzeń i drobiazgów, drżeń ręki czy mapy kącików ust, żeby dojść do tego jakie zrobiłeś wrażenie.

Ale za to ile czasu mniej potrzeba aby złapać z kimś komunikację! Wszyscy jesteśmy dorośli i wiemy do czego zmierza ta gra, jeśli znikną konwenanse okaże się że możemy przeskoczyć ogromny etap bez generowania zbędnego ’bla bla bla’. Mozemy zbudować z kimś raport, choć to również nie będzie to. Możemy otworzyć się na jakiś wewnętrzny instynkt i jakąś nieswiadomość, na to wszystko co zawsze umyka językowi. Ogromna podróż w nową czarną przestrzeń, której nawet nie bedziemy mogli opisac, gdy wrócimy.

Ciekawe co mozna tam odkryć i spotkac, i ciekawe czy da się pokonac lęk wchodzac w coś takiego. Ale jesli da się i jeśli można wygrac taką walkę przeniessie to ludzkiego ducha na kolejny poziom świadomości i opanowania. Kiedy kończy się język zaczynają się upiory, zaczyna się to wszystko przed co sprawia że filozofowie moczą ze strachu prześcieradła. Jeśli czegoś nie możemy nazwać, nie możemy nigdy nad tym panować.

Ale czy możemy wejść dobrowolnie do swiata nad którym nie mamy władzy i zgodzić się na przejażdżke w której jesteśmy jedynie turystą… i nie wiemy gdzie właściwie znajdziemy się na końcu?

Jak by wyglądała randka bez słów?

To nie jest rzecz, którą możesz pokonać.

Możesz nauczyć się docelowo obchodzić ją dookoła, możesz bełkotać do niej niezdarnie cały czas, od początku i od początku, ale nie możesz jej zwalczyć.

Moze się z tym rodzisz, tak jak niektórzy rodzą się bez rak albo nóg, i może razem z nimi próbujesz od zawsze niezdarnie poradzić sobie z zyciem i zastapić rzeczy niezbędzne czymś innym. A może tylko trafia w ciebie kiedy już żyjesz…

To, co teraz robie, to generowanie bełkotu. Z lubiścią wyśmiewam kazdy inny bełkot, więc nie sposób mi uniknąć hipokryzji, chyba że pryznam się do tego otwarcie. To co teraz pisze to takie same brednie z roszczeniem wyższości, jak każde inne które czytałem ostatnio. Zapis frustracji, dla której nie ma pointy – i to bez dobry zdań podczas trwania.

Pustka. Pustka powinna być zarejestrowana jako jednostka chorobowa, powinna być leczona i okiełznana. Pustka wypełnia cię i przenika, jest jak doznanie niemal religijne, jak oświecenie w jakiejś wewnętrznej wierze że wszystko już było i nic się nie da zrobić.

Pustka spina twoje mięśnie i wykręca cię w nienaturalne pozycje, kiedy atakuje. Chwyta cię za nerwy albo każe ci mówić we śnie słowa, które ci się nie śnią. Pustka rozdrapuje każdą twoją ranę, przypomina każdą porażkę i buzię każdej dziewczyny której nie miałeś.

Pustka jest nieskończoną mądrością, jest daleko bystrzejsza niż ty i jesli zajrzysz do jej środka odkryjesz jak daleko cię przekracza, mimo że wydaje się tylko miejscem na sztylet wewnątrz twoich organów, i to wydaje się dozgonnie przekonująco.

Pustka jest pamięcią i zapisem wojen, które wygrałeś i przegrałeś. Rejestrem rzeczy nieistniejących. Składam się z rzeczy nieistniejących, cały jestem z nich zbudowany, dlatego lubię tak siebie nazywać. Dlatego lubię to słowo.

Pustka jest czymś co zabija powoli i z mechaniczną precyzją. Jest jak intelektualny rak, który odbiera ci powoli wszystkie organy duchowego życia, by ostatecznie wyciszyć twoje tętno i wyrównać oddech. Podnieść twoją rękę przeciw całemu twojemu – choćby i najzdrowszemu – ciału i wyprężyć cię po raz ostatni w agonalnym geście. Pustka jest cierpieniem. Możesz ją sobie wyobrazić jak płynie razem z twoją krwią, oślepia cię i ogłusza, zamyka przed tobą wszystkie drzwi i ukrywa wszystkie wejścia.

W pustce dryfują wszystkie twoje marzenia zawieszone nad linią horyzontu, i oddalają się w miarę jak zbliżasz się do nich. Jest też bezpowrotność, bezpowrotność jest najpotężniejszym narzedziem pustki, najpoważniejszą dolegliwością.

To skłonność pewych natur aby biczować się w kółko i w kółko rzeczami które odeszły i nie istnieją dłużej. To tendencja do podejmowania złych wyborów w imię tradycji lub wspomnień, i skłonność ogólnie do rozpamiętywania wszystkiego co się stało i wszystkiego co stac się mogło.

Pustka oszukuje nas i mówi nam że już jesteśmy martwi i że życie nasze nawet jeśli było – dawno już odeszło. Maszerujemy więc legionami żywych trupów i rzucamy się na kazde zycie aby je wyssać, przemielić, wykorzystać i zamienić w kolejną pustkę w naszej głowie, w kolejną figurę i próżną istotę.

Jestesmy jak wampiry, i wiecznie jesteśmy głodni nowych twarzy i uczuć. I czujemy ich zapach w powietrzu i śledzimy je… i nie możemy zdobyć, a nawet jesli – po to jedynie żeby spopielić i powiększyć pustke wewnątrz nas. Jesteśmy ofiarami, ale dostrzeżone jest to jedynie gdy giniemy.

Czasem giniemy w wybuchu, jesli dość dużo energii zdołaliśmy zgromadzić. Zabieramy wtedy ze sobą inne równie podłe istnienia, oraz te istnienia które nie były nigdy dotknięte naszą zarazą. Nie znamy sprawiedliwości w zabijaniu. Zwykle jednak giniemy cicho.

Czasem jedynie nie ruszamy się i rozkładamy się powoli, odmawiamy jedzenia i oddechu, czekamy. Czasem znikamy i nie ma nas więcej. Jakikolwiek nie jest nasz wybór – zawsze niemiłosiernie boli. Ale nigdy nie boli tak mocno, jak pustka. Bo kiedy żyjemy nie czujemy jak wy wszyscy i nie widzimy tego, co jest dla was oczywiste.

Czasem nasz wzrok może prześwitywać przez mury i pokazywac nam bieg wypadków i zdarzeń, albo przeszłość taka jaką była. Czasem możemy dotrzeć do źródła. Zwykle jednak widzimy tylko własne nienasycenie, własny mrok i czujemy jedynie własną pustą przestrzeń pod obojczykiem, własny ból i rozpacz.

Żre nas to wyżera, zabiera całą radość, twórczość i ciekawość. każdy dzień zamienia w walkę z własną ułomnością, tym trudną że jedyni jesteśmy, którzy o niej wiedzą. Czasem uciekamy na chwilę i rozkładamy skrzydła, na własny żałosny i nieporadny sposób, ale i tak wracamy na dół.

Jesteśmy gorsi od ślepych i głuchych, przesladuje nas rzecz gorsza niż adis. Człowiek jest istotą piekną, rozumną, i w ruchu i w biernosci, i kazdą jesli zechce może pokonac przeszkodę. A my jesteśmy pariasami, którzy zapomnieli o sile i pięknie, myśmy się sukcesu wyrzekli, i znamy mnóstwo powodów, by przegrać. I przegrywamy.

Rezeczy znikają z naszych rąk, albo ważą niemiłosiernie dużo. Oślepiają nas i nie wiemy gdzie iść. Zamykają nam wejścia. Pustka jest chorobą, na którą nie ma lekarstwa. Tak jak nie ma lekarstwa na zycie – kazdy kto go dotknie umiera. Pustka jest terminalnym stanem umysłu, tak jak nirwana jest umysłu wyzwoleniem.

Pustka jest chorobą każdego ze zmysłów jednocześnie i wszystkich na raz. Pustka jest niedoskonałością w intelekcie, ostatecznym rodzajem zgubienia. Pustka jest wolnym miejcem w twoim organiźmie czekającym na wypełnienie. Organicznym i jedynym rodzajem przeznaczenia.

Geniusz, orginalnie, to słowo okreslające pewną ponad ludzką istotę – ducha pustyni z perskich baśni. Geniusze bywały dobre lub złe, miały magiczną moc lub tylko nawiedziały ludzi we śnie. 

Rzymianie kontynuowali ten mit, ale nadali mu bardzo demokratyczny charakter – geniusz stał się rzymskim odpowiednikiem daimoniona, półboską opiekuńczą istotą, która była sercem rozumu i powodzenia mężczyzny (kobietom patronowała Junoa, żeński odpowiednik o innych atrybutach). O daimonionie mówił Sokrates że jest to coś, co siedzi mu na ramieniu i podpowiada co będzie dobre, co złe. Co sprawiedliwe co nie. Pewnego rodzaju metafizyczna intuicja. Później przerodziła się w postać anioła stróża, kiedy chrześnijanie odebrali światu magii jego domenę.

Geniusz nie jest zalezny od woli człowieka. Geniusz jest duchem ponad naszym światem i nie mamy żadnego wpływu na jego postępowanie. Geniusz jest istotą żyjącą w nas i wymagającą opieki i szacunku, aby był po naszej stronie, albo stanie się destruktywnym towarzyszem, przekreslającym każde nasze działanie. Opieka nad geniuszem jest troche jak opieka nad każdym innym z naszych organów. Rzymianie składali swoim geniuszom ofiary w dzień swoich urodzin.

Trafiłem na tę historię kiedy czytałem ‘Magije’ Crowleya. Autor opisuje tam świat niesamowicie odległy od tego który znamy i bardzo czesto nie doprowadza czytelinika do poznania swojej idei – zostawia go jedynie przed jakąś skomplikowaną zagadką i radzi : “użyj twojego geniusza, aby rozwiązać ten problem”.

“użyj twojego geniusza”. Jak arogancko ze strony magii. I jak dobrze opisuje to jej istote – pokaż że jesteś slilniejszy niż inne byty magicznego świata i zapędź je do pracy na twoją korzyść. To troche tak jakby powiedzieć “użyj kasjerki aby kupić wafelka” albo bardziej trafnie: “użyj twojej wątroby aby wyleczyć kaca”.

Używanie geniusza. Mimo arogancji, Crowley dobrze wiedział co robi. Są zagadki których nie da się rozgryźć używając jedynie ludzkich atrybutów. Tak jak nasz wzrok jest ograniczony, tak ograniczony jest nasz rozum i nasze ciało. Nie jesteśmy dość silni aby podnieść samochód, i nie jesteśmy dość rozumni aby podnieść problem relacji między naszym mikro światem a makro światem. Nikt jeszcze nie znalazł odpowiedzi na pytanie czy pozytywne myślenie czyni świat lepszym.

I tutaj wracamy do demokracji – Jeden człowiek nie może podnieść samochodu, ale dziesięciu już tak. Może więc jeśli jeden człowiek nie może podnieść problemu – dziesięciu da radę? Po to mamy język, aby łączyć umysły.

W większości naprawde powaznych problemów nie znajdujemy jednak porozumienia. Dobro, Szczęście i Prawda znaczą różne rzeczy za kazdym razem kiedy zostaną wypowiedziane. Jak mamy podnieść problem skoro nie wiemy o czym mówimy? Nasze rozumy nie łączą się tak, jak mogą się łączyć nasze ręce – żyjemy w świecie po wieży Babel.

Są więc rzeczy z którymi zmierzyć się może jedynie jednostka. Tak jak niektórzy bardzo silni ludzie mogą podnosić tyle co dziesięciu innych, tak zdarzają się – no właśnie – geniusze, mogący wziąć na siebie więcej myśli niż wielu innych. 

W naszym języku to słowo okresla właśnie jednego człowieka, który przerósł innych rozumem. Odkrywcę, naukowca, badacza, wynalazcę. Kogoś kto zobaczył nagle więcej niż inni, odwrócił świat do góry nogami i pokazał wszystkim coś, co mieli przed nosem ale nie umieli tego dostrzec.

Często płacąc za to ogromną cenę i robiąc rzeczy przeczące zdrowemu rozsądkowi, jak na przykład decydując się na wydalenie z uczelni lub dając się spalić na stosie.

Często też płacąc cene za samą specjalizację. Wszyscy znamy archetyp roztargnionego naukowca, który nie umie zawiązać sobie sznurowadła a potrafi rozwiazać zadanie o niesamowitym poziomie abstrakcji, albo przekonać każdego że wie, czym jest dobro. To również cena geniuszu.

Czemu jedno słowo określa tyle rzeczy? Czemu akurat w taką strone ewoluuje? Jakie będzie następne znaczenie słowa “geniusz”?

Słowo które okreslało moc natury, stało się słowem magii, po to by przejść w religie. A skończyło – na nauce. Chciałbym aby za kiladziesiąt lat odkopano tego bloga i przyznano mi rację – to słowo przejdzie do metafizyki, stanie się synonimem głebszego – pozaracjonalnego poznania, jakiejś wszechświatowej intuicji.

Uzyć geniusza to jak użyć trzeciego oka i zobaczyć więcej. Zobaczyć muzyke tam gdzie jest cisza, młodego mężczyznę w kamiennym bloku, porządek w chaosie. To własnie robią geniusze.

Czemu o tym piszę?

Chciałbym dac wam do zrozumienia że geniusz jest czymś co jest w posiadaniu kazdego z nas tylko dlatego że jest człowiekiem. Jest to coś co rodzi się z nami, choć z nami nie umiera. Jest to duch na twoim ramieniu który zawsze będzie tam kiedy potrzebna ci będzie odpowiedź na pytanie co jest naprawdę ważne, albo kiedy będziiesz gotów zobaczyć więcej niż widzą inni. Geniusze w każdym mężczyźnie, kobiecie i dziecku czekają aż przestaniemy się bać i zapłacimy naszą cenę.

Czemu więc nie każdy zostaje Einsteinem? Jeśli jest tak jak mówię i możesz obudzić w sobie geniusza – czemu nie jestes jeszcze noblistą?

Bo jesteś tchórzem. 

Bo nie masz odwagi rzucić wszystkiego co znasz i wszystkiego w co wierzysz, zdjąć ciepłych kapci i pójśc w góry, po to żeby wrócić z teorią wzgledności. Bo nie wierzysz że w ogółe mógłbyś. Bo myślisz, że nie nadajesz się do tego i masz wrażenie że twój los nie zawiera w sobie tego rodzaju dokonań. I po ostatnie – bo nie chcesz zapłacić za to odpowiedniej ceny.

Geniusz jest bardzo demokratycznym duchem. I jak kazda demokracja najlepiej czuje się w kapitaliźmie. Geniusz, aby żył, wymaga ofiar. Każdy z genialnych wynalazców, malarzy, biznesmenów, muzyków był dość długo uważany za odmieńca i stracony przypadek. Nie od razu zauwazono to, co oni widzieli od razu. Ludzie nie lubią kiedy zakłóca się to, o czym myslą że jest światem i zrobią wszystko aby uciszyć geniusza. Troche ze strachu, troche z zazdrości…

Czy jesteś gotów na taką drogę? Własnie.

Dlatego nie będziesz noblistą.

Nie zmienia to jednak faktu że jest coś co płynie przez ciebie i szepce ci do ucha, kiedy chcesz słuchać. Wkłada ci do głowy sny i marzenia, podsuwa rozwiązania zagadek kiedy są ci potrzebne. Czy miałbyś odwagę zamknąć oczy i rozwiązać sudoku? Właściwie robisz to przez całe życie…

Wystarczy że uwierzysz w to, że kiedy staniesz przed zagadką będzie coś, co rozwiąże ją dla ciebie. Wystarczy że przyjmiesz fakt, że jesteś zaopiekowany przez rozum, którego nigdy nie zrozumiesz, a który rozjasni przed tobą największy chaos informacji. Naucz się słuchać siebie. Jest w tobie coś co urodziło się na Perskiej pustyni i widziało jak dwa razy upadł Kapitol.

Jeśli coś jest niejasne w moim tekscie – użyj geniusza, aby rozwiązać problem.

bush_anti-piracy_bill   Gdybym chciał przestrzegać praw autorskich, musiałbym gadać z prawnikiem za każdym razem kiedy idę do toalety. Gówno już napewno zrobił ktoś przede mną.

Ciekawe kto ma prawa do dizajnu koła i ognia, i czy Jezus ma prawo do krzyża.

Sny.

Sen jest najbardziej pociągający, z całego dnia. Śpię kiedy mogę i ile mogę, potrafię nawet przespać całą dobę, gdybym tylko miał taką zawodową szansę. I snię.

I to nie niewyspanie, ani lenistwo trzymaja mnie w łóżku. Zauwazyłem już dawno że spanie powyżej 8 godzin w ciągu doby owocuje serią przykrych dolegliwości. Człowiek po 12 godzinach snu budzi się zupełnie nie do życia, zaspany, ze zmysłami tępymi jak łyżka do sałatek, przygnębiony i… zmeczony. Czemu sen męczy? Może męczy śnienie…

Śnię zwykle o miłości. Zwykle jest tam też seks, choć nie muszę zmieniać piżamy za każdym razem gdzy się budzę. Moje sny zawsze mi coś mówią, i co najważniejsze – pamiętam wszystkie.

To troche takie uczucie jakbym siedział w kinie na najbardziej świetnym filmie, jaki mogę zobaczyć. Na takim który porusza wszystkie te sprawy które mnie interesują, oprowadza mnie po najbardziej zajmującym dla mnie świecie – moim świecie, jest moim doradcą, przewodnikiem i wspomożycielem. Bawi, pociesza i poucza.

Sny o miłości są ucieczką z samotnej codzienności. Mogę wziąć na siebie ile tylko zechce projektów i zleceń (zauważyliście, że zawsze pracuje się nad jakimś projektem? Całe życie robimy projekt…) i mogę zatopić się w pracy i kreacji na długie godziny, dni i miesiące… ale coś z człowieka we mnie, nawet jeśli zepchnąć to i związać w jakiejs piwnicy mojej głowy – wróci, gdy będę spał.

To tak jakbym miał w głowie taką małą dziewczynkę, której zupełnie nie chce słuchać,  i trzymam ją na strychu… i cały kontakt który mamy ze sobą to to, że słyszę jak smutno spiewa nocami.

To właśnie moje sny.

Śniłem o demonie który zakochał się w młodej czarownicy. W dziecku, które miało coś mogącego eksplifikować jej emocje na naturę. Kiedy tupnęła, rozchodziła się po ziemi fala tapnięcia. Ściągała burze, mróz i podobne. I kompletnie nie wiedziała jak się z tym obchodzić. A demon? Brzydki i złośliwy, szczupły i wysoki rogaty potwor na kozich nogach. Kompletnie zły i niemal wszechmogący.

To był skomplikowany sen. Składał się z dwóch scen. Nie wiem, kim tam byłem – z jednej strony tylko obserwowałem z zewnątrz, z drugiej – czułem jego i jej uczucia na raz. Zaczęło się na polu, gdzie nasz demon chciał zbliżyć się do dziewczyny, ale przestraszył ją i zaczęła uciekać. Złapał ją więc i nie wiem co chciał zrobić, ale dziewczyna zrobiła coś, co uderzyło w niego piorunem. Później podpaliła go i zamroziła… Wtedy demon wydawał się zły i był zagrożeniem, i z satysfakcją patrzyłem na jego porażkę.

Później dziewczyna szła przez dom. Taką drewnianą szopę, opuszczoną i ciemną. Przypominającą stacyjkę z tego filmu… Demon zaczął do niej mówić z ciemności. Mówił że może pomoc jej opanować to co posiada i nauczyć ją jak z tego korzystać. Pokazał jej, że może pstryknąć palcem i zapala światło. Pstryka znów – i gasi. Dziewczyna zaczęła próbować i po chwili udała jej się ta sama sztuczka. Demon zbliżył się do niej i przytulił ją. Wtedy czułem jego – chcieć czegoś, co ma się blisko, ale nie można tego posiąść, nawet jeśli potrafi się wszystko. I chcieć czegos tak doskonale sprzecznego z naturą, którą ma się w środku. A z drugiej strony – skóra przy skórze, i łatwo w to uwierzyć ze wszystko jest możliwe w tym zwariowanym świecie.

Dziewczyna przez chwile odwzajemniała pieszczoty, ale spłoszyła się w jednej chwili i uciekła… a demon zniknął w ciemności.

 

Drugi sen, z dziś, jest jeszcze bardziej skomplikowany. To cała epicka historia.

Byłem tam ja. I nie wiem, kim byłem, nie widziałem siebie ani razu. Ale byłem chłopakiem. I była dziewczyna, bardzo młoda i bardzo ładna. I Byli jeszcze jacyś ludzie, moi przyjaciele i jej rodzice… chyba.

Byliśmy w jakimś zamku, albo pałacu. Na przyjęciu. Pamiętam że to był jakiś bal, lub zjazd…

To, co zostało w moje głowie:

Zaczyna się kiedy próbowaliśmy stamtąd uciec. Nagle, nie wiem czemu. A wszyscy ludzie wokół zmienili się w pewnego rodzaju zombie. Pewnego rodzaju, ponieważ byli kompletnie niegroźni, a nawet przyjaźni… Oni wszyscy mieli alzheimera. Wszyscy. Nie wiedzieli gdzie i kim są i włóczyli się małymi kroczkami bez celu w przestrzeni. Doszliśmy do wyjścia bez żadnego problemu… Ale wtedy dziewczyna powiedziała że tam jest jeszcze jej babcia, i musimy ją wydostać.

Ukradliśmy klucz z recepcji i przedzieraliśmy się przez strasznie dużo drzwi i schodów, jakiś wąskich przejść i korytarzyków. I okazało się że tak naprawdę to szpital psychiatryczny, i babcia jest zamknięta w takiej celi bez klamek. Zeszliśmy do jakiejś mrocznej piwnicy pełnej starych zardzewiałych żeliwnych drzwi z numerami. Spodziewaliśmy się jakiś wariackich ryków, ale wszędzie było cicho…

Szedłem za dziewczyną wzdłuż cel, reszta została z tyłu. Szukaliśmy tej w której jest jej babcia. I nagle znikąd – a może z którejś z cel pojawił się rój pszczół i zaczął krążyć wokół dziewczyny. Ona jakby nie zauważała tego, nie widziała w tym zagrożenia. Pszczoły usiadły jej z tyłu głowy i powiedziałem jej „hej, masz cały rój pszczół we włosach” a ona odpowiedziała ze wcale nie, i nic nie czuje. Wtedy pszczoły przeszły na jej twarz, i zaczęły wchodzić do ust i oczu… i pstryk.

Dziewczyna budzi się na plazy. Rój pszczół odlatuje w nieznane. Dziewczyna nie wie gdzie jest ale wokół jest pięknie – lazurowa woda i złoty piasek. Jest ciepło i pogodnie. Dziewczyna wspina się na taką spiczastą zaokragloną wydmę, żeby rozejrzeć się po okolicy. Na morzu nic nie widać. Dziewczyna osypuje się razem z piaskiem w dół… i wtedy ktoś mówi: „hej. Zepsułaś mój nos!” i z piasku podnosi się piaskowa niezgrabna postać, przypominająca troche enta, albo kamieniozerców z „niekończącej się opowieści”. Postać zanosi się śmiechem i mówi że nie szkodzi, po czym dmucha jak w chusteczkę i nos wraca na swoje miejsce. Mówi do dziewczyny że czekał na nią, i chce ją czegoś nauczyć.

Dziewczyna zaczyna żyć na plaży i słuchac tego co mówi mądry piaskowy człowiek. On uczy ją ze praca w grupie jest kluczem do sukcesu i pokazuje jej jak łowić ryby zaostrzonym kijem. Wszyscy śmieją się i jest jak w bajce. I mijają tak dni i tygodnie, dziewczyna dorasta…

Ostatniego dnia podchodzi do mnie i przytula się. Jest wieczór i świecą nad nami gwiazdy, a ona mówi że była taka szczęśliwa, i zawsze mnie kochała. Mówię jej że ja też kochałem ją cały ten czas, nawet jeśli nie mogła mnie widzieć… i chce trzymać ją tak i cieszyć się nią jeszcze chwile, ale dziewczyna odbiega ode mnie i idzie pożegnać się z piaskowym mędrcem. Pstryk.

Jesteśmy powrotem na korytarzu przed celami. Czas nie poruszył się nawet o sekundę, po prostu dokończyłem krok który zacząłem gdy pojawiła się plaża.

I nagle czuje jak umieram, i jak umiera dziewczyna obok mnie.

I znam rozwiązanie. Widzę je choć nie znam przyczyny, Anie nie wiem jak. Babcia dziewczyny była czarownicą i dlatego zamknięto ją w tym dziwnym miejscu. I wiedziała że świat musi się skończyć. Że wszyscy ludzie ogłupieją i będą włóczyć się bez celu, ślinić się i memłać w ustach słowa bez wyrazu. I ze nie ma od tego ucieczki. Ale kiedy dziewczyna zbliżyła się do niej, choć nawet nie widziała – rzuciła czar, który na chwilę przeniósł ją do krainy gdzie mogła być jeszcze przez chwile zachowana w czasie, nauczyć się czegoś i dorosnąć. I to był jej ostatni czar i ostatni czar na całym świecie.

I wtedy, kiedy się skończył, skończyła się cała znana ludzkość.

 

Nie wiem, czemu śnię takie rzeczy. Ale kocham to, tak jak kocha m kino. Kocham to nad życie, w pewnym szczególnym sensie.

Ciężko pozostać zen, który każe nie oddalać się nigdy od rzeczywistości i nie dawać sie uwieść swojej wyobraźni…

 

edzy

 Kiedy spotkam kogoś, kto będzie mnie wart – nie zwróci nawet uwagi na kogoś takiego jak ja.

Przeznaczenie mija nas, kiedy nie patrzymy we właściwym kierunku.

Pozostańmy zen.

 

1016182_428998321Jesli chodzi o moją aktualną sytuacje finansową, to jest to troche jak sprawa z przerośniętą prostatą: cały czas sie spinam żeby odzyskać płynność…