Jednym z najistotniejszych nerwów w świecie artysty jest publiczność. Widz. Czytelnik. Słuchacz.
Widz staje się słońcem pewnego układu, dookoła którego poruszają się planety naszych światów. Pisząc każde zdanie i komponując każdy kadr mówimy jakimś językiem, i mówimy tym językiem do kogoś. Nawet kiedy spływają mi z ręki jakieś luźne myśli na tę stronę o której nikt nie wie – zastanawiam się czy dotrze tu była dziewczyna, przyjaciel, czy jakiś wyznawca zainspirowany moim hasłem. Każda litera powstaje dla bytu o wielu głowach i wielu umysłach, chimery bez konretu – widza.
Radzimy sobie z tym słońcem na różne sposoby. Niektórzy z nas udają ze widza nie ma. Ja chyba jestem takim przypadkiem. Wydaje mi się ze wszystko co tworze to zmaganie mojego geniuszu samego ze sobą, jakieś starcie wewnętrznej siły. Przypomina to w pewnym sensie jakiś zaawansowany psychiczny onanizm, seks bez seksu, życie bez życia, wojne bez wojny. Stąd i dzieło, jako efekt, staje się płytkie, jałowe i bezowocne. Aspiruje jedynie do technicznej perfekcji, dąży jedynie do pokonania ograniczeń które uczyniły poprzednie dzieło niedoskonałym… i tak aż do końca, do chwili kiedy stworzę rzecz wykonaną z nieograniczoną perfekcją. Pozbawioną przy tym jakiegokolwiek sensu, znaczenia czy siły, cudownie rzeźbiony grot strzały która minie każde serce.
To doskonała postawa młodego człowieka szkolącego warsztat, który medytuje nad każdym kolejnym narzędziem w rękach, spędza noce nad eksperymentami i odnajduje nowe słowa w języku swojej sztuki, które wcześniej przegapili mistrzowie. Kreatywność jego warsztatu bierze się z pasji odkrywania, z dziecinnej zabawy ‘a co by było gdyby’. Tak zostaje się artystą formy, również wynoszącym dzieło ponad widza, lecz tym razem o jego sukcesie decyduje świeżość i nieoczekiwaność formy.
Czasem wchodzimy w mezalianse z widzem, kusimy go sekretami, zapraszamy do mistycznych tajemnic, do podróży przez światy które dla niego stworzyliśmy. Flirtujemy i uwodzimy, usypiamy jego czujność by zdjąć maski i zbroje, pozostawić go nagim i uderzyć w niego z całą mocą niepokoju który siedzi za każdym aktem tworzenia. A później patrzeć jak gorączkowo zbiera części garderoby i zakłada na powrót beznamiętną minę konesera na ułamki sekund zanim zapalą się na widowni światła i pojawi się ryzyko przyłapania na nagości.
Artysta taki jest wyuzdanym gwałcicielem, sadystą w swojej perfekcji drażnienia punktów czułych, raczej psychologiem niż posiadaczem techniki i warsztatu. Jego geniusz nie prowadzi wojen, ale dokładne studia, przyłapać go można nie na rozdarciach wewnętrznych lecz z lupą nad skomplikowaną mozaiką nerwów.
Można również zbratać się z widzem, można wziąć go nagle i z zaskoczenia, można go podbudować lub zwyczajnie znudzić. Można zaprosić go do świata i nie zaoferować nic więcej poza kompletem slajdów. Kiedy zacznie się myśleć o widzu w pewien szczególny sposób, jak o istocie uległej, słabej, naiwnej i pretensjonalnej można okryć zaskakujące myśli przewodnie w dziełach, na których haczyk sami daliśmy się złapać. Możemy nazwać to sztuczką, możemy nazwać rewelacją.
Czy istnieje jakaś droga łącząca style tworzenia, czy da się zmienić w artyście podejście do widza? Lub raczej – czy można manipulując totemem widza dowiedzieć się więcej o sobie samym i wykrzesać więcej talentu z jednostki, niż naturalnie jest jej to przeznaczone?
W każdej kreacji, tworzonej z pasji, potrzeby, natchnienia i bez czysto biznesowych motywacji znajduje się potrzeba wieczności, tworzenie jako akt w ostatecznej formie rozwoju jest zaspokojeniem potrzeby utrwalania ego, aspiruje do czasów, których sam twórca nie zdoła oglądać. Skromność tutaj jest zbędną manierą. Jesteśmy inni, jesteśmy silniejsi i jesteśmy lepsi, w tym sensie że ‘chleba naszego powszedniego’ to jest nędzny okruch tej wielkiej rzeczy, do ktorej kazdy z nas zmierza.
Ale po drodze, między nami a wiecznością zawsze znajduje się widz. I ten widz, co gorsza, zwykle jest janem kowalskim, średnio rozgarniętym studentem tego czy owego, który kupił książkę ponieważ wszyscy o niej mówią, lub poszedł do kina bo miał wolny wieczór. I to z niego trzeba zedrzeć maskę i w jego serce trzeba trafić, a później jeszcze w tysiące serc, aby wypełnić to ostateczne zadanie i odebrać laury od własnej muzy.
Czy więcej można wykrzesać z siebie kreatywności myśląc o widzu jak o celu, czy jak o środku? Każdy twórca siłą własnej indywidualności sam znajduje odpowiedź na to pytanie, lub polega na własnym geniuszu i intuicji. Swoją drogą ciekawe na ile można być samoświadomym procesu tworzenia, i czy przesadna narracja samego aktu nie utrudnia aktu w jego istocie.
A może absolutna bierność i brak aktu oraz odpowiedzi są kluczem do osobowości i charyzmy twórczej?
Jestem jak lustro, nie będziesz się mną interesował dopóki nie zobaczysz siebie wewnątrz.
Gdybym chciał przestrzegać praw autorskich, musiałbym gadać z prawnikiem za każdym razem kiedy idę do toalety. Gówno już napewno zrobił ktoś przede mną.
Jesli chodzi o moją aktualną sytuacje finansową, to jest to troche jak sprawa z przerośniętą prostatą: cały czas sie spinam żeby odzyskać płynność…
Uwielbiam to młodziezowe określenie na przystojnych mężczyzn.